Kategoria: Publikacje

PTASIE RADIO

Halo, halo! Tutaj ptasie radio w brzozowym gaju,

Nadajemy audycję z ptasiego kraju.

Proszę, niech każdy nastawi aparat,

Bo sfrunęły się ptaszki dla odbycia narad:

Po pierwsze – w sprawie,Co świtem piszczy w trawie?

Po drugie – gdzie się

Ukrywa echo w lesie?

Po trzecie – kto się

Ma pierwszy kąpać w rosie?

Po czwarte – jak

Poznać, kto ptak,A kto nie ptak?

A po piąte przez dziesiąte

Będą ćwierkać, świstać, kwilić, Pitpilitać i pimpilić..

Dawno temu, pan Julian Tuwim tak pisał o mediach. No i jak to bywa z wieszczem – wywieszczył to z czym się dziś musimy borykać. Doczekaliśmy się bowiem czasów, kiedy media nie mają za zadanie nas bawić i uczyć, ale ogłupiać i dezinformować. Wiedzę podawaną w sposób dostępny dla mas, zastąpiło pimpilenie o niczym, programy typu „Twoja stara grzmi znajomo”, czy kolejny odcinek o tym jak celebryci się bawią dobrze udając, że jest im źle. Dezinformacyjny szum, z którego przebijają się ważne pytania o „życie, wszechświat i całą resztę”, w którym do dyskusji jako interlokutorów wobec niekwestionowanych fachowców zaprasza się wszelkiej maści szarlatanów, oszustów i miglanców.Patrząc na zastępy medialnych demiurgów nie sposób ustrzec się wniosku, że poziom ich pracy obniża się dosyć gwałtownie. W szeregach wpływowych „dziennikarzy” znajdziemy dmuchawca z siłowni, mającemu problemy z elementarną matematyką, panią plagiatorkę życzącą ludziom w depresji, aby wzięli się w garść i pooglądali filmiki na youtubie, znaną dziennikarkę nagrywającą smutne filmiki w tropikalnym anturażu, dzierżącą w ręce konstytucję. O prawej stronie nawet nie warto mówić, bo gigantyczne pieniądze państwowe pompowane w aparat propagandy, astronomiczne zarobki miernot intelektualnych i zwyczajnych hucpiarzy, to wszystko jest tak wysoce niemoralne, że poświęcanie paru słów tym indywiduom to i tak za dużo.Dziennikarstwo polityczne to jest odrębna przyczyna kryzysu. Debaty polegające na przekrzykiwaniu się i przerywaniu, popartym słowotokiem pełnym nowomowy. Polityka to obecnie klepanie sloganów – ćwierkanie, świstanie i kwilenie, ubieranie banałów w garnitur trudnych wielosylabowych neologizmów z korpogadki. Wyśpiewywane chorały Horały – polityka tak pustosłownego i tak przekonanego o swoich zdolnościach, że wsłuchanie się w jego słowotok jest aberracyjnym doznaniem polegającym na uszkadzaniu własnej matrycy pojęciowej.Pandemia i wojna w Ukrainie pokazują, jak wielkim orężem jest dezinformacja, tworzenie bałaganu pojęciowego, budowanie narracji sensacyjnej, spiskowe teorie bazujące na mechanizmie tworzącym miejskie legendy to dziś mainstream mediów.Media się zmieniają zbyt gwałtownie, byśmy byli w stanie przejść przez ten etap suchą stopą, prasa drukowana i telewizja, które jeszcze kilkanaście lat temu trzymały rząd dusz, tracą na znaczeniu. W dorosłość weszło pokolenie „bez telewizora”, które swoją medialną strawę czerpie z sieci. Obserwując staczanie się mediów klasycznych, ucieczkę w propagandówkę i samozachwyt, zastąpienie rzetelności przez informacyjną rąbankę, okraszoną klikalnościową pogonią za widzem, nasuwa się refleksja – kończy się świat mediów starych, w wizgu petard, z kolorowym kalejdoskopem wrażeń, od którego mdli. Idzie nowe, nieznane i niespokojne. Czy wykształci się z tego dobra rzeczywistość medialna to tego żaden jasnowidz nie przewidzi. Póki co w starych mediach, w obecnych czasach telewizja straciła twarz Davida Attenborough, w zamian dając ulaną i uchachaną gębę Kurskiego, oby to nie było mementi dla nowego porządku medialnego.

Autor: Piotr Zych

SZACUNEK DLA WSZYSTKICH LUDZI

*Tekst prezentuje poglądy i przemyślenia autorki i nie jest oficjalnym stanowiskiem Stowarzyszenia Spójnik. Jednocześnie zapraszamy do przesyłania tekstów prezentujących szeroki wachlarz lewicowych nurtów i opinii.

W opublikowanym niedawno tekście, Krystian Głuch przywołał hasło kampanii wyborczej niemieckich socjaldemokratów „Szacunek dla Ciebie” i zinterpretował je jako obietnicę respektowania ludzi, niezależnie od ich pochodzenia, pomysłów na życie i aspiracji na przyszłość. Z tym trudno byłoby się nie zgodzić: lewicowe polityczki i politycy powinni szanować ludzi. Na tym jednak kończą się tezy z tego tekstu, z którymi się zgadzam.Autor na jednym wydechu zarzuca lewicy, że wie czego chcą osoby mieszkające w Polsce lepiej od nich samych, mówienie im tylko tego, co chcą usłyszeć, a także skupienie wyłącznie na samej sobie i brak komunikatów na zewnątrz. Nie jest bynajmniej moim celem przekonywanie kogokolwiek, że w komunikacji zewnętrznej lewicy nie ma elementów do poprawy, jednak trudno potraktować poważnie tego typu zarzuty, które wzajemnie się wykluczają. Moim pierwszym skojarzeniem po przeczytaniu tego fragmentu była krytyka rodziny i znajomych w stosunku do młodych matek: dziecko jest zawsze za lekko i za grubo ubrane na spacerze, a w ogóle to ciągle siedzi w domu. Teza o utracie trzech milionów wyborców jest nadmiernym uproszczeniem, bo w mojej opinii trudno zaklasyfikować SLD z 2001 roku jako formację lewicową, a już z pewnością nie taką, która dzięki swojej lewicowości zdobywała poparcie. Takie postawienie sprawy ignoruje przede wszystkim kontekst obozów post-solidarnościowego i post-peerelowskiego w politycznej rzeczywistości tamtego czasu, który był znacznie istotniejszą osią podziału niż wartości prawicowe i lewicowe w latach 90. i początku XXI wieku. Świadomość społeczna w wielu kwestiach się zmieniła – i bardzo dobrze! – nie ma więc prostej ciągłości pomiędzy osobami głosującymi na SLD z 2001 roku, a tymi, które w 2023 postawią krzyżyk przy nazwisku na lewicowej liście. Trzeba jednak przyznać, że lewica poparcie traci – nasze metaforyczne dziecko z końca poprzedniego akapitu się przeziębiło. Sondaże pokazują niższe zainteresowanie niż w poprzednich wyborach. Co możemy na to poradzić? W tekście Krystiana pojawia się kilka dosyć chaotycznych postulatów na zmianę dyskursu. Niektóre z nich są mylne w kierunku, inne także w źródle, a jeszcze inne wydają się sensowne, ale nie do końca dobrze opowiedziane – nad czym przydałoby się popracować, jeśli polecamy innym, w jaki sposób prowadzić narrację. Zaczynając od pytania o gospodarkę – czy politycy są sługami narodu? Pomijając już, że nie jest to kwestia gospodarcza, moim zdaniem – nie. Warto byłoby w ogóle odejść od retoryki pracy jako służby, bo wiele sektorów zawodowych jest już tym potwornie zmęczonych. Pielęgniarki dostają gęsiej skórki słuchając o służbie zdrowia, a nauczyciele o tym, jakim wspaniałym powołaniem jest ich zawód. Praca, która wzbogaca życie innych ludzi to ogromna społeczna wartość, ale im więcej mówimy o tym, że to służba, tym wygodniejsze jest przymykanie oczu na fatalne warunki zatrudnienia. Mówienie o „służbie” jest językową furtką do świata, w którym klaszczemy z okna ratowniczkom medycznym, zamiast zatrudnić je na umowę o pracę i zapłacić godne wynagrodzenie. A jak się do tego mają polityczki? Są przedstawicielkami społeczeństwa, reprezentują interesy swoich wyborczyń, powinny jak najlepiej i najrzetelniej wykonywać swoją pracę, walcząc o rozwiązania w interesie tysięcy osób, które im zaufały. To ogromna odpowiedzialność, z której powinny być rozliczane, ale osobiście nie chciałabym sprowadzać ich ani do roli nicnierobiących celebrytek, ani służących. Wracając jednak do gospodarki – odzyskanie zaufania do usług publicznych jest niezwykle istotną kwestią i z tym zdecydowanie się zgodzę, jednak jako hasło jest puste. Nie potrzebujemy „lepszych usług publicznych”. Potrzebujemy autobusu z Sanoka do Przemyśla częściej niż raz na trzy dni, żeby Iwona mogła odwiedzić mamę. Potrzebujemy dobrze opłacanej i nieprzeciążonej obowiązkami nauczycielki angielskiego dla małej Kasi z klasy IIIb ze szkoły podstawowej w Krośnie. Potrzebujemy neurologa, który będzie miał termin w przyszłym tygodniu, żeby zdiagnozować uporczywe bóle głowy Adama z Jarosławia. Potrzebujemy reform gospodarczych po to, żeby móc zrealizować powyższe postulaty. Nie po to, żeby były celem samym w sobie – a to jeden z moich głównych zarzutów do komunikacji lewicy. Dużo mówimy o tym, jakie rozwiązania gospodarcze wprowadzimy, jakie będą podatki i kto ile powinien zapłacić, a mało o tym, dlaczego podejmiemy takie decyzje. Tu widzę rozwiązanie: mówmy najpierw o tym, co chcemy zrobić, jak ułatwić życie Iwonie, Kasi i Adamowi a dopiero później o szczegółach technicznych. Patriotyzm bywa trudnym pojęciem dla lewicowej części społeczeństwa, bo został niemal całkowicie zawłaszczony przez środowiska konserwatywno-nacjonalistyczne. Brak bohaterów na lewicy nie jest jednak prawdą – nawet w kontekście żołnierzy wyklętych, lewica mówi o tym, że błędem jest wrzucanie do jednego worka autentycznych bohaterów, takich jak Pilecki i zbrodniarzy pokroju Łupaszki. Mamy też swoje bohaterki i bohaterów, o których przypominamy przy różnych okazjach. Miłość do Polski ma różne barwy i odcienie – osobiście wierzę, że gdybyśmy chociaż trochę jej nie kochali, to rzucilibyśmy już dawno aktywizm i politykę, a jednak w nim tkwimy, często wbrew zdrowemu rozsądkowi. Czy ludzie mogą się czuć zagrożeni przez migrację? Mogą czuć wszystko i nikt nie ma takiej mocy, żeby im zabronić. Zamiast jednak przystać na propozycję Krystiana i uznać, że w porządku, szanujemy ich lęk i kończymy temat, trzeba się nad tymi emocjami zastanowić. Czy ktoś boi się o pogorszenie na rynku pracy? Możemy wzmocnić inspekcję pracy, zlikwidować umowy śmieciowe, wspierać tworzenie związków zawodowych. Czy ktoś boi się o sytuację mieszkaniową? Możemy skończyć z patodeweloperką, budować mieszkania na wynajem, ułatwić kupienie pierwszego mieszkania (i utrudnić nabywanie pięćdziesiątego). Czy ktoś boi się osób o innym kolorze skóry, innym pochodzeniu etnicznym, mówiących innym językiem? Możemy edukować i tłumaczyć, ale nie powinniśmy szanować rasistowskich uprzedzeń.Musimy uszanować, że nie każdy jest w stanie prowadzić superekologiczny tryb życia i zauważyć, że to bywa drogie. Co więcej, jestem przekonana, że nikt z nas nie podejmuje wyłącznie dobrych dla planety decyzji. Polityka klimatyczna jednak na tym nie polega – zmiany muszą zajść na poziomie międzynarodowym i uregulować przede wszystkim praktyki wielkich korporacji, zamiast rozliczać Kacpra z bloku obok, że wziął dzisiaj kąpiel, a nie prysznic. Nie oznacza to, że zmiany nie będą wymagały wyrzeczeń – będą, ale państwo powinno zadbać o to, żeby dla Kacpra nie oznaczały one radykalnego pogorszenia poziomu życia. „Wojna kulturowa” jest terminem, który spodziewałabym się znaleźć w konserwatywnym tygodniku. Osoby LGBT+ są również ludźmi, którym należy się szacunek, a nie elementem jakiejś podstępnej agendy. Potrzebujemy edukacji i pokazywania, że to nie żadna straszna ideologia i potwór gender, tylko uśmiechająca się kasjerka supermarketu Maria, która po pracy wróci do domu, który tworzy razem ze swoją partnerką Agatą i siedmioletnią córką Zosią. Maria jest z Agatą od pięciu lat i bardzo chciałaby wziąć ślub i adoptować Zosię, bo bardzo ją kocha. To nie jest wojna kulturowa, tylko realny dramat prawdziwej rodziny, bo Agata może mieć jutro wypadek samochodowy i Maria, zgodnie z polskim prawem obca osoba, nie będzie mogła dowiedzieć się, co się z nią dzieje. Jeśli Agata umrze, to Zosia zostanie odebrana Marii, bo jej mama nie jest na papierze jej mamą. Prawo do podjęcia decyzji o tym, czy kontynuować ciążę jest prawem człowieka. Aborcja może nie być dla kogoś okej, nikt nie ma obowiązku wyrażania aprobaty dla wyborów innych ludzi. Dla lewicowych polityczek i polityków priorytetem powinno być umożliwienie każdej osobie, która jest w Polsce w ciąży, żeby sama zdecydowała, czy chce zostać matką. Aborcja może być dla niej dramatem, może być trudną decyzją, a może być okej, być ulgą i wspaniałym doświadczeniem. Niechciana ciąża (a czasem również ta chciana!) i potrzeba jej przerwania również nie jest wojną kulturową, tylko codziennym dramatem wielu Polek. Walka o ich prawa jest najwyższą formą szacunku wobec wyborczyń. Czy aborcja powinna być rzadka? Powinna być dostępna, po prostu. Inne postulaty lewicowe, takie jak powszechna edukacja seksualna czy dobry dostęp do refundowanej antykoncepcji, sprawią, że będzie rzadsza, ale to mniej niechcianych ciąży, a nie mniej aborcji powinno być celem.Gdyby recepta na lewicowy sukces wyborczy była prosta i dała się zawrzeć w jednym tekście, pewnie dawno byśmy go odnieśli, więc daleko mi do jednoznacznego podsumowania. Wierzę jednak, że tym czego lewica potrzebuje, są konkretne postulaty dla konkretnych ludzi i bycie blisko ich problemów. Drugim istotnym składnikiem jest szacunek, ale nie szacunek dla wybranych, a dla wszystkich – niezależnie od stanu portfela, orientacji psychoseksualnej i koloru skóry. Szacunek dla ludzi, ale nie dla rasizmu, homofobii i transfobii.

Autorka: Wiktoria Aleksandra Barańska

SZACUNEK,CZYLI CO WYNIKA Z ZWYCIĘSTWA SOCJALDEMOKRATÓW W NIEMCZECH

*Tekst prezentuje poglądy i przemyślenia autora i nie jest oficjalnym stanowiskiem Stowarzyszenia Spójnik. Jednocześnie zapraszamy do przesyłania tekstów prezentujących szeroki wachlarz lewicowych nurtów i opinii.

Jest mniej radykalny. Z pewnością jest mniej ekscentryczny. Ale 8 miesięcy temu to hasło “RESPEKT FÜR DICH, KOMPETENZ FÜR DEUTSCHLAND” zjednoczyło większość wyborców pod sztandarem Socjaldemokratów. Pierwszy raz od 16 lat i dał możliwość utworzenia rządu socjaldemokratom – rządu na którego czele stanął Olaf Scholz.

Hasło, które możemy przetłumaczyć jako „Szacunek dla ciebie”, było to sygnałem, że postępowi politycy są po stronie prostych ludzi – ludzi o bardzo różnych pochodzeniu, różnych pomysłach na życie i różnych aspiracjach na przyszłość. Było ono strzałem w dziesiątkę dla podzielonego elektoratu, który przecież notorycznie karał przy urnie wyborczej pozbawionych kontaktu z ludźmi i wywyższających się, radykalnych postępowców. W Polsce te lekcje od lat przerabia Lewica pod różnymi postaciami.

Wyzwaniem dla polskiej Lewicy jest zdobycie tych „bardzo różnych” ludzi pod jednym, jednoczącym sztandarem. Olaf Scholz pokazał, że można to osiągnąć poprzez szacunek dla pozycji ludzi, w połączeniu z perswazją i przywództwem.

Szacunek stanowi alternatywę dla przegrywających w wyborach dyskursów politycznych lewicy w ostatnich latach. Paternalizm wyborczy polegający na tym, że politycy lewicy mają wyobrażenie o tym, co działa i czego chcą ludzie lepsze niż oni sami. Oraz populizm, który tworzy linie podziału i gra na zasadzie „my kontra oni”, przez co przegrywa przy konserwatywnej większości społeczeństwa, a Lewicę sprowadza do co najwyżej toksycznej, małej sekty, która zamiast wziąć odpowiedzialność za los ludzi w obecnym systemie, skupia się na bujaniu w obłokach z odrealnionymi pomysłami i konfliktach w swoim obozie.

Lewica w Polsce od 2001 straciła 3 mln wyborców i nie jest w tym odosobniona na świecie. Kryzys przeżywała SPD, Brytyjska Partia Pracy i nadal przeżywa Francuska Partia Socjalistyczna – tylko, że to nie jest żadne usprawiedliwienie! Jeśli weźmiemy trend sondażowy od ostatnich wyborów, to wychodzi, że w 3 lata Lewica straciła jedną czwartą swoich wyborców! Nie widać korekty kursu, ani wewnętrznej dyscypliny przekazu, tylko popadnięcie w niezdrowe samozadowolenie i utwardzanie kursu dobrego dla przeciętnego, młodego, postępowego lewicowca z dużego miasta, ale nie dla prostego człowieka.

Dlatego jeśli chodzi o:

Gospodarkę – musimy uszanować to, że politycy są sługami podatników i powinniśmy skupić się na odzyskaniu zaufania do zarządzania finansami publicznymi. Ale nie powinniśmy bać się odważnych pomysłów reform gospodarczych, które unowocześniają funkcjonowanie naszej gospodarki.

Patriotyzm – musimy szanować dumę ludzi z historii Polski i osiągnięć na przestrzeni wieków. Nie popadać w niezdrowe negowanie każdego bohatera.

Imigrację – musimy uszanować to, że ludzie mogą czuć się zagrożeni przez migrację i głosowali na PiS, aby to kontrolować. Musimy odejść od szkodliwej retoryki, w której uznaje się, że każdy, kto ma wątpliwości dotyczące masowej imigracji, jest rasistą.

Klimat – musimy uszanować, że nie każdy może mieć skłonność lub środki, aby zapłacić cenę za zmiany klimatu.

Wojny Kulturowe – musimy uszanować, że wiele osób obawia się radykalnej agendy na temat LGBT i aborcji. Nie dla każdego “aborcja jest ok” i nie każdy przyjmuje pozytywnie hasło “na żądanie”. Dlatego powinniśmy przywołać hasło Billa Clintona: “aborcja powinna być bezpieczna, legalna i rzadka”, nie stojące przecież w sprzeczności z progresywnym prawem aborcyjnym, w którym kobiety nie będą skazane na cierpienie.

To odejście od maksymalizmu moralnego Lewicy. Dla wielu młodych i radykalnych członków oraz aktywistów czytanie tego może być trudne. Ale aby wygrać i zmieniać życie ludzi, potrzebny jest nam odnowiony szacunek dla wyborców, narracja kompetencji i trochę optymizmu. Tylko wtedy, gdy odpowiadamy na realne potrzeby ludzi, a mniej skupiamy się na wymyślnych tezach, możemy liczyć na jakikolwiek progres w naszej pracy.

Inaczej możemy tylko zgodzić się ze słowami Roya Hattersleya: “ludzie pracy będą cierpieć, jak Lewica będzie przegrywać. A jak przegrywa przez ideologicznie zacietrzewienie, to ich cierpienie nie jest na sumieniu przeciwnika.”

Autor: Krystian Głuch

wykres stan epidemii w Polsce

EPIDEMII NIE MA, PROSZĘ SIĘ ROZEJŚĆ

Wojna w Ukrainie odsunęła na plan dalszy koronawirusa. Nic zaskakującego, rosyjscy mordercy są złem namacalnym i widocznym, a wirus – gdzieś jest, a może go nie ma. Ale nie – nie znikł. Władza PiS bardzo skwapliwie wykorzystała moment wojny, by o koronawirusie i swojej marnej na niego reakcji, zapomnieć. Nadal jednak wirus jest widoczny – jak nie w laboratoriach, to w statystykach. Choć PiS w swym ciągu do wymazywania informacji o wirusie zrezygnował też od wykonywania darmowych testów (co widać w ostatnim, gwałtownym spadku wykrytych przypadków), to jednego nie może się pozbyć – liczby zgonów, które będą nieubłaganie pokazywać nędzę polityczną i niekompetencję obozu Zjednoczonej Prawicy.Jaki jest dotychczasowy bilans epidemii? Licząc nadmiarowe zgony (a nie oficjalnie stwierdzone przypadki), od stycznia 2020 r. zmarło ok. 223 tysiące ludzi więcej, niż w przypadku, gdyby epidemii nie było. Tak jest, niemalże ćwierć miliona Polek i Polaków, z tego ponad połowa w okresie, gdy szczepionki były już dostępne. Szczepionki nie są panaceum na wszystko, nie dają stuprocentowej ochrony. Ale z pewnością dają większa, niż przy jej braku. Podobnie, jak pasy bezpieczeństwa oraz ograniczenie prędkości nie gwarantują, że nie będzie wypadku samochodowego. Ze szczepionek należało więc korzystać, co więcej – należało wymóc zaszczepienie wszystkich, przynajmniej dorosłych, mieszkańców Polski. Tak, jak wymagane jest przestrzeganie zasad bezpiecznego ruchu drogowego. PiS, zazwyczaj ochoczo szermujący hasłami silnej władzy, i na tym polu zawiódł, kapitulując nie tylko przed zabobonami antyszczepionkowców, ale – co wprawdzie było wiadome wcześniej, ale wojna w Ukrainie uczyniła to oczywistym – uległ rosyjskiej propagandzie i wojnie dezinformacyjnej.Obecnie piąta fala epidemiczna już dogasa. Czy możemy się spodziewać jednak kolejnej fali – jak nie teraz, to jesienią? Trudno powiedzieć. Być może jest tak, że w miarę łagodny Omikron (autor przechorował go dzięki szczepieniu tak lekko, że o byciu zarażonym dowiedział się z testu) faktycznie wyprze inne, groźniejsze mutacje i covid stanie się kolejną, sezonową przypadłością, jak grypa. Może powstanie kolejna mutacja, równie zaraźliwa, ale i bardziej zabójcza. Nie wiadomo. Pozostaje nam jedynie liczyć na siebie, włączyć myślenie i czekać na ulepszone szczepionki.

Koalicja „katalońska”

To będzie prowokacyjny tekst. Prowokacyjny – w sensie rzucający wyzwanie myślowym schematom. I będzie to moja osobista prowokacja, a nie oficjalne czyjekolwiek stanowisko. Czasem jednak warto zrobić krok w bok i spojrzeć na sytuację z innej perspektywy.

Tematem poniższych przemyśleń jest potencjalna konfiguracja, w jakiej partie opozycyjne pójdą do wyborów w przyszłym roku. Pomijając propagandę, na ten moment najbardziej rozsądnym rozwiązaniem, które pozwoli skutecznie odsunąć od władzy i rozliczyć rządy Zjednoczonej Prawicy, jest start dwu bloków opozycyjnych – konserwatywnego i liberalno-progresywnego. Do tych dwu bloków zapisuje się odpowiednio PL2050 z PSL oraz KO z Lewicą. Ma to dać wystarczającą koncentrację głosów, by zadziałał d’Hondt, przy jednoczesnym uniknięciu strat na zbyt egzotycznej „Zjednoczonej Opozycji”. Po wyborach zaś oba bloki mają przejąć władzę. Taka jest teoria.

Teraz myśl rewolucyjna – blok progresywny powinny tworzyć PL2050 oraz Lewica, konserwatywny – KO z PSL.

Zaraz, zaraz, ale czy Polska 2050 nie jest jeszcze bardziej na prawo od liberalnej Platformy? Antyklerykalna Lewica miałaby się sprzymierzyć z Ministrantem Hołownią? I tu właśnie następuje zderzenie ze stereotypami. Niby dlaczego PL2050 należy pozycjonować na prawo od Platformy, i właściwie czemu uznaje się Platformę za „coś mniej więcej centroprawicowego”?

Tak, PL2050 jest bardziej na prawo od Lewicy, co zresztą w Polsce nie jest zbyt trudne, bo wszystko jest od niej na prawo. Bardziej interesującą kwestią jest to, jak bardzo jest to „na prawo” i czy nie za bardzo. Porównując PL2050 z PO/KO – z punktu widzenia Lewicy ich poglądy nie są bardzo różne. Gospodarczo liberalne, światopoglądowo konserwatywne, choć nie tak średniowieczne, jak PiS. Różnica leży gdzie indziej – w wiarygodności i zdolności do ewolucji tych poglądów.

Wiarygodność Platformy Obywatelskiej jest wręcz legendarna – bo jest żadna. Są za, a nawet przeciw, obiecają cokolwiek, co da się przekuć na punkty procentowe poparcia, by następnego dnia o wszystkim zapomnieć. Nic dziwnego, że od 2001 r. Platforma nie napisała żadnego programu działania, a sam Tusk odżegnywał się od jakichkolwiek wizji przyszłości, jaką by partia miała kształtować. Trudno więc o zdolność do ewolucji poglądów, bo takowych w ogóle nie ma. Jest tylko jedna wytyczna działania PO – zdobycie władzy. Jak w ogóle sensownie pozycjonować taką partię i dlaczego akurat jako centroprawicę? Platforma Obywatelska jest partią władzy i stanowisk, nie programu.

Z drugiej strony PL2050 – mają pewne reformistyczne poglądy, w których wszakże dominuje umiarkowanie i daleko idąca ostrożność, by zbyt daleko z tymi reformami się nie zagalopować i niczyich interesów nie urazić. Mimo to dostrzegają potrzebę zmian i pewne kroki naprzód są proponowane. Sama zresztą nazwa partii wskazuje na kierunek nastawiony na przyszłość. Co więcej, deklarowana jest chęć rozmowy o tych rozwiązaniach – tak, to ta słynna wykpiwana „przestrzeń do dialogu”. Ale czemu nie potraktować tego poważniej? Owszem, pozostaje kwestia wiarygodności deklaracji, jeszcze w przypadku PL2050 nie poddana testowi. Jest jednak całkiem spora szansa, że ta wiarygodność będzie wyższa, niż zerowy poziom Platformy Obywatelskiej. Możemy więc – jako Lewica – narzekać na przykład na bardzo skromne postulaty reformy energetyki w związku z kryzysem klimatycznym, ale przynajmniej PL2050 dostrzega ten problem i traktuje go poważnie, podczas gdy Platforma lata swych rządów spędziła na budowie nowych bloków węglowych, a Tusk dopiero po powrocie z Brukseli zauważył, że ten kryzys to chyba jednak ma miejsce.

Ważną kwestią pozostaje osobowość i możność porozumienia się z liderem ugrupowania – Donaldem Tuskiem z jednej, z Szymonem Hołownią z drugiej. Chyba najtrudniejszą rzeczą do przełknięcia dla Lewicy jest zdeklarowany katolicyzm Hołowni oraz głoszone przez niego w przeszłości poglądy, choćby na temat aborcji. Co jednak z Tuskiem? Nie unika on podkreślania swojej wiary, robi to nawet w sposób zdecydowanie pozerski (jak niedawno na konwencji w Płońsku, gdzie robił znak krzyża na chlebie). Nie ulega też wątpliwości, że kontakty i uleganie biskupom (tzw. kościoła łagiewnickiego) nie są mu obce. Ostatnio odciął się także od bardzo umiarkowanej próby napisania ustawy o związkach partnerskich przez swoich konserwatywnych posłów. Jednocześnie nie przeszkadza to ludziom Platformy ochoczo prezentować się się na marszach równości i strajkach kobiet.

Z dwojga złego czy nie lepszy jest uczciwy chrześcijanin, z którym da się rozmawiać i dyskutować, niż pozer, zblatowany z instytucją kościoła katolickiego? Kto prędzej zgodzi się na rozliczenie księży z afer pedofilskich – człowiek stawiający na pierwszym miejscu zasady wiary czy też polityk liczący na poparcie biskupów w swojej walce o władzę? Trzeba też pamiętać, że w krajach zachodnich równość praw dla osób LGBT często wprowadzały partie konserwatywne, a koalicje rządowe złożone z cywilizowanych chadeków oraz socjaldemokratów nie są niczym wyjątkowym. Jeśli Hołownia i PL2050 byliby w stanie reprezentować ten sposób chadeckiego myślenia, daje to właśnie ową „przestrzeń do dialogu”. Oczywiście, z lewicowego punktu widzenia byłoby to zapewne ułomne, skromne, ale zawsze lepszy mały krok naprzód, niż trwanie przy ciemnocie PiS czy obskurantyzmie PO.

Podsumowując różnice między PL2050 i PO – czy nie bardziej sensowny byłby więc podział na ugrupowania progresywne, zdolne do dostrzegania problemów i aktywnego poszukiwania rozwiązań dla nich, pomimo różnych punktów wyjścia, oraz na stare partie władzy, których konserwatyzm sprowadza się głównie do konserwowania swojej obecności na scenie politycznej?

Pozostaje oczywiście pytanie – czy zarówno PL2050, jak i Lewicy to by się opłacało? Jest spore ryzyko utraty głosów osób niezadowolonych z takiego sojuszu. Z jednego strony zwolenników Hołowni, którzy chcieliby nowej jakości, nowego otwarcia, odcięcia od zepsutej przeszłości, z drugiej wyborców Lewicy, gdzie prawa kobiet, LGBT oraz świeckie państwo są sprawami fundamentalnymi. Jest też jednakże spora stawka do ugrania – można zyskać tych wyborców, którzy są zmęczeni dwoma dekadami POPiS-u, tych, którzy nie chcą już totalnych wojen między partiami, a stawiają na dialog i tolerancję pomimo różnic. Trzeba również pamiętać o tym, że wyborcy Lewicy zazwyczaj są mieszkańcami wielkich miast, z kolei wyborcy PL2050 – średnich miejscowości. Nie ma wielkiej konkurencji między tymi ugrupowaniami, a koalicja mogłaby zbudować pomost między podzielonymi geograficznie społecznościami.

Należałoby więc do takiej koalicji podejść mądrze i rozważnie, jeśli oczywiście tylko byłaby wola dla niej z obu stron. Mimo to wydaje się to – z punktu widzenia przynajmniej Lewicy – bardziej sensowne niż projektowanie przyszłej koalicji z Platformą Obywatelską. W chwili obecnej rozważania na ten temat to już raczej przejaw jakiegoś kapitulanckiego masochizmu, gdy wiadomo, że PO za „koalicję” uważa poddaństwo, przykład Nowoczesnej i Zielonych pokazuje, że o partnerstwie nie może być mowy, Tusk jest zaś notorycznym kłamcą, opowiadając brednie o koalicji z PiS, samą Lewicę najchętniej by zniszczył albo sprowadził do marionetkowego tworu w rodzaju „prawdziwej lewicy” z PPS. Jaki jest więc sens w ogóle rozważać mariaż z przemocowcem?

Podsumowując te dość teoretyczne rozważania – warto ze sobą rozmawiać. Zresztą, zaczęto to już robić i pierwsze reakcje zwolenników PL2050 i Lewicy są zachęcające. W przeciwieństwie do skompromitowanej idei „Silnych Razem” – widać tu rzeczywiście pewną sympatię, dobrą wolę i partnerskie relacje. Czemu by tego nie kontynuować?

Autor: Marcin Szost

Tekst prezentuje osobiste przemyślenia autora i nie jest stanowiskiem Stowarzyszenia „Spójnik”.

#Lewica #NowaLewica #nowalewica #Polska2050 #razem #Hołownia #ZjednoczonaOpozycja Szymon Hołownia Włodzimierz Czarzasty Hanna Gill-Piątek Robert Biedroń Adrian Zandberg Michał Kobosko

Trzmiel

Jak ten trzmiel to robi?

Kraje nordyckie (Dania, Finlandia, Islandia, Norwegia, Szwecja), nasi sąsiedzi, intrygują świat. Jedni (jak Marek Tatała w imieniu Forum Obywatelskiego Rozwoju Leszka Balcerowicza) walczą z „mitem” o nordyckim raju. Ich zdaniem podatki w krajach nordyckich są za wysokie, a sektor publiczny – za duży. Pasione tymi podatkami nordyckie „państwo dobrobytu” w imię (rzekomej?) sprawiedliwości rozdaje zbyt wiele zasiłków i usług (np. edukacja, opieka medyczna), zmniejszając różnice dochodów obywateli. Te podatki hamują rozwój gospodarczy krajów nordyckich, czyli szkodzą efektywności! Inni (jak amerykański noblista Joseph Stiglitz) twierdzą jednak, że jest odwrotnie i Nordykom – inaczej niż np. Polakom i Amerykanom – udało się pogodzić równość z efektywnością. Dzięki „państwu dobrobytu” Duńczycy, Finowie itd. skutecznie dzielą się dobrobytem, np. zapobiegając dużym różnicom dochodów. A w dodatku, mimo wysokich podatków, w ciągu roku produkują mnóstwo (komputerów, mebli, masła itd.).

Więcej

Pan z brzydkim końcem

Od kilkudziesięciu dni obserwujemy na lewicy wzmożoną kanonadę słów i pogróżek wobec procesu jednoczenia SLD z Wiosną.  Grzmią zarówno szeregowi działacze lokalni jak i tuzy dawnego lewicowego establishmentu jak chociażby Leszek Miller. No cóż, krytyka zawsze była mile widziana na lewicy, więc cóż w tym dziwnego, że się komuś nie podoba i daje temu wyraz? Otóż nie chodzi tutaj o krytykę, a o to, co się z tymi krytykującymi stanie. Nie trzeba być wróżbitą, raczej wystarczy popatrzeć w przeszłość, gdzie historia decyzji układa nam piękny wzorzec postępowania.  Cofnijmy się nieco w czasie, mamy apogeum sukcesów lewicy, w 2000 roku Aleksander Kwaśniewski nie daje szans przeciwnikom i w I turze wygrywa reelekcję, SLD szybuje w sondażach, a tandem Miller-Janik coraz mocniej czuje się nowymi przywódcami Polski.  Wtedy to, nazywany kanclerzem, premier RP zaczyna serię niefortunnych zdarzeń, która w przyszłości doprowadzi go do funkcjonowania w roli klakiera Tuska.

Więcej

Z kolan powstawszy, na szczyt dotarliśmy

Bez zaskoczenia, tak jak miało być – wymieramy. Umieramy bohatersko, patriotycznie, narodowo, przy biało-czerwonych flag łopocie. Polska duma. Królewski szczep piastowy. Z kolan powstawszy, na szczyt dotarliśmy.

Więcej

IV Fala

Właściwie na tytule można by zakończyć. Miała być, jest, zaskoczenia nie ma. Więcej zakażeń, więcej śmierci, można wzruszyć ramionami, przejść do porządku dziennego, „jakoś to będzie”?

Nie do końca. O dwu rzeczach warto mimo wszystko powiedzieć.

Analizując dane na temat liczby zarażeń, podawane przez Ministerstwo Zdrowia, można zauważyć, że epidemia koronawirusa rozwija się w czasie i tempie podobnym, jak to miało miejsce przy II fali jesienią zeszłego roku. Nie trzeba więc jakiejś wyjątkowej wiedzy i umysłu geniusza, by domyślić się, że – tak, jak tok temu – rozsadnikiem epidemii są szkoły. Jest to wiedza powszechna.

I tu dochodzimy do pierwszej rzeczy, którą trzeba podkreślić. Co z tą wiedzą o epidemii robi rząd? Nic. Ani się nie przygotował do takiego scenariusza (a nie można mówić drugi rok z rzędu, że nikt się tego nie spodziewał), ani nie podejmuje obecnie żadnych działań. Wyjaśnienie jest proste – po co irytować ludzi i tracić poparcie.

Tu dochodzimy do sedna problemu – jak nazwać władzę, która bez mrugnięcia okiem decyduje się poświęcić życie swych obywateli, by zachować samą siebie?

Można dyskutować czy spierać się o konkretne programy i rozwiązania wprowadzane przez Zjednoczoną Prawicę, być za albo przeciw – to normalne w demokracjach. Ale pozwalanie na śmierć ludzi, gdy można ich uratować? W tym momencie należałoby jeszcze przypomnieć ludzi wypędzanych do lasu na granicy, by mieć pełen obraz tego, jakie potwory nami rządzą.

Druga rzecz, nieco bardziej optymistyczna – szczepienia działają. O ile zakażeń jest podobna ilość, co rok temu (choć pod kątem liczby wykonanych testów mieścimy się między Kazachstanem a Gabonem), to liczba nadmiarowych zgonów jest ok. 3 razy niższa.

Owszem, jest tu wiele czynników, które należy brać pod uwagę – osoby najsłabsze mogły umrzeć przy poprzednich falach epidemii, teraz chorują ci bardziej odporni. Z drugiej strony obecny wariant wirusa jest znacznie groźniejszy. Nadal jest to też jeszcze początek fali, szczyt dopiero przed nami, nie wiadomo więc, jak to się rozwinie.

Ale mimo to szczepionki, nawet przy tak niskim poziomie wyszczepienia, coś dały – zgony dotyczą niemalże tylko osób niezaszczepionych. Bez nich byłyby to znacznie większe i groźniejsze liczby. Szkoda jednak, że wyszczepienie nie jest wystarczające, by całkowicie zatrzymać postępy wirusa, co zapewne skończy się kolejną jego mutacją.

Na razie zostaje więc nam zachować samemu maksimum bezpieczeństwa, a tej władzy liczyć trupy, jakie ją obciążają.

159 tysięcy.

Newsweek Polska Krytyka Polityczna WPunkt Gazeta Wyborcza Gazeta.pl FAKT24.pl Super Express OnetZdrowie Gazeta.pl Wirtualna Polska Rzeczpospolita Ministerstwo Zdrowia Poradnik Zdrowie Defoliator Szczepienia – rozwiewamy wątpliwości donald.pl

Opowieść dla Lewicy

Simon Hix pisał, że współczesna socjaldemokracja nie posiada wyborców. Dzisiaj na lewicę głosują albo emerytowani robotnicy (tradycyjny elektorat), liberalna gospodarczo klasa średnia albo mniejszości (seksualne, religijne). Punkty lewicowej agendy zostały włączone do programu populistycznej prawicy lub liberałów. Nie ma idei, która odróżniałaby nas od innych ugrupowań.

Jaka opowieść dla Lewicy?

Platforma Obywatelska w 2007 r. zdobyła głosy Polaków populistyczną ideą taniego, ale sprawnego państwa. Prawo i Sprawiedliwość w 2015 r. „dobrą zmianą”, czyli graniu na nutach nacjonalistycznych, a także społecznych. Co w ostatnich latach zaproponowała Lewica? Czy zaproponowała jakąś zmianę strukturalną? Jakąś wielką ideę, przy której mogliby się skupić ludzie? Nie było oferty nawet w czasie największego od dziesięcioleci kryzysu. Klub Lewicy błąkał się od tematu do tematu, zmieniając temat swojej działalności co tydzień, zamiast oprzeć się na jednej konkretnej idei, otaczając ją siecią kampanii outdoorowej i aktywizacji struktur do kampanii door to door.

Możemy mówić o progresywnych podatkach, prawach osób LGBT czy prawach reprodukcyjnych, ale to nie jest idea na państwo, tylko same slogany. Nie przedstawiamy całościowego pomysłu na państwo. Mówimy tylko, jak jest źle i jak chcemy zmienić poszczególne jego elementy. Kogo chcemy w ten sposób przekonać? Kluczowe w budowaniu poparcia jest zbudowanie opowieści, której będzie się trzymał każdy poseł i posłanka – nie może być tak, że z dnia na dzień posłowie i posłanki puszczają kolejne ustawy oraz pomysły, za którymi nie idzie nawet rozpromowanie jej przez 40-osobowy klub parlamentarny, nie mówiąc już o profilach działaczy czy organizacji regionalnych. Musimy myśleć modernistycznie – bo czemu Partia Pracy w 1997 r. mogła stworzyć gigantyczną maszynę medialną, gdzie każdy kandydat na posła co rano otrzymywał “bryk” z instrukcją, co wolno, a czego nie wolno mówić, a dzisiaj – 24 lat później, przy tak gigantycznym postępie technologicznym – problem z ustaleniem jednej spójnej narracji ma klub parlamentarny oraz posłowie w zasadzie jednej partii, w rozwiniętym kraju w środku Europy?

Lewica dzisiaj musi się wymyślić na nowo jako partia efektywnych i odpowiedzialnych wydatków, by zbudować wiarygodność wśród elektoratu w kwestiach gospodarczych – tak kluczowych do oddania swojego głosu przez wyborcę. Jarosław Kaczyński i zjednoczona prawica roztrwonili ogromne sumy pieniędzy – i to nie tylko podczas pandemii, bo od początków ich rządu widzimy stopniowe niszczenie usług publicznych oraz polityczną korupcję stanowiskami państwowymi. Lewica potrzebuje odważnego planu znaczącego, ale efektywnego zwiększenia wydatków publicznych.

Musimy przyjąć kulturę opłacalności. Jeśli mamy przekonywać o zwiększeniu inwestycji publicznych, musimy wykazać, że wydane pieniądze będą efektywnie wpływały na publiczne usługi. Nie chodzi o audyt jako ćwiczenie księgowe, zliczanie dochodów i wydatków, choć to ważne, by podstawowa arytmetyka pozostała. Powinniśmy zmienić koncept audytu jako skoordynowanego wysiłku, który rozpoczyna się przed podjęciem zobowiązań dotyczących wydatków, aby wytyczyć najbardziej efektywną drogę od polityki, poprzez realizację, do wyników przynoszących realne korzyści społeczeństwu. Powinniśmy zaproponować jego całościową reformę w rządzie centralnym oraz w lokalnym sektorze publicznym. Pracownicy sektora publicznego powinni uważnie przyglądać się skutkom, zanim programy zostaną uruchomione. Czy propozycja Biuro ds. Efektywnych Wydatków w większych miastach oraz ministerstwach byłaby złym pomysłem? Na poziomie krajowym i lokalnym Lewica może wiele zyskać, promując audyt publiczny i stosunek wartości do ceny.

Jeśli chcemy jako Lewica być najbliżej problemów szarego człowieka – a to dzisiaj samorząd jest właśnie najbliżej tych problemów – to potrzeba nam trwałej politycznej oraz gospodarczej zmiany Państwa i pomocą w tej zmianie może być samorząd.

Badania pokazują przewagę samorządów nad władzą centralną, jeśli chodzi o poczucie wpływu obywateli na podejmowane przez władze decyzje. Już kilka lat temu ponad 60% Polaków deklarowało, że wybory samorządowe – rozpatrywane na tle innych głosowań – mają dla nich istotne znaczenie.

Prawie tyle samo wyrażało poparcie dla przekazywania coraz większej liczby zadań samorządom. To ogromny mandat do zmian w prawie na korzyść samorządów. To dzisiaj samorząd buduje żłobki, zarządza sieciami szpitali czy modernizuje szkoły. Musimy dać możliwość i zapewnić przestrzeń do rozwijania kompetencji samorządu, choćby zapewnienia mieszkań komunalnych. Przykład Wiednia – miasta słusznie chwalonego za dorobek w polityce mieszkaniowej – pokazuje, że miasto nie musi być bezpośrednim inwestorem. Budżet Wiednia na politykę mieszkaniową jest rozdysponowywany w inny sposób. Posługując się systemem dotacji i pożyczek, miasto wspiera głównie inwestycje prowadzone przez (działające na zasadach non profit) towarzystwa budownictwa mieszkaniowego. Dofinansowuje również remonty istniejących budynków oraz wypłaca dodatki mieszkaniowe osobom o niższych dochodach, które wynajmują mieszkania na rynku prywatnym.

Samorządy również powinny mieć wyraźny wpływ na bezpieczeństwo mieszkańców. Dzisiaj to wygląda tak, że samorząd może prosić, opiniować i dofinansowywać policję. Jednakże nie może wyznaczać wiążących celów oraz rozliczać z efektywności działań. Organy jednostek samorządu terytorialnego odgrywają dzisiaj rolę opiniodawczą. Samorządom nie zostały też przyznane uprawnienia w zakresie tworzenia posterunków policji. Podmiotem odpowiedzialnym jest tu komendant powiatowy (miejski), opierający się w dodatku na zasadach określonych przez Komendanta Głównego. Dlatego też powinniśmy zwiększyć możliwości samorządu i z części struktur policji wyodrębnić policję samorządową, włączoną w struktury administracji powiatowej i odpowiedzialną za dwie sfery: bezpieczeństwo w ruchu drogowym oraz ochronę porządku i bezpieczeństwa w przestrzeni publicznej (przy okazji zgromadzeń czy imprez masowych). Policja samorządowa nie miałaby natomiast kompetencji w zakresie najpoważniejszych przestępstw przeciwko zdrowiu, życiu, wolności seksualnej czy mieniu, jak również przestępstw urzędniczych, korupcyjnych i cyberprzestępczości.

Na poziomie krajowym i lokalnym Lewica może wiele zyskać, promując audyt publiczny i stosunek wartości do ceny, a także zwiększenie kompetencji samorządów. Takie zobowiązania mogą pomóc przywrócić zaufanie do Lewicy, jako strażnika publicznych pieniędzy i zaostrzyć jej sprzeciw wobec obozu zjednoczonej prawicy. Lewica musi wykazać się wiarygodnością finansów publicznych, jeśli ma zdobyć poparcie dla ambitnych wydatków i polityk publicznych, których ten kraj potrzebuje jak powietrza.

Autor: Krystian Głuch

Obraz: All Riot

Transformacja energetyczna

Paweł Wita ze Stowarzyszenia Spójnik pisze o konieczności transformacji energetycznej w Polsce, w artykule opublikowanym w Liberte!

Link: Polska musi odejść od emisyjnej gospodarki