Kategoria: Publikacje

Sojusz Robotniczo-Burżuazyjny

Liberał – kapitalista, wyzyskiwacz, żerujący na pracy zwykłych ludzi, dbający tylko o pieniądze egoista. Socjalistka – leniwa, roszczeniowa, kradnąca owoce pracy innych, narzucająca swoje poglądy i pozbawiająca ludzi wolności poprzez odgórne regulowanie każdego aspektu życia. Konflikt między liberałami a socjalistami jest oczywisty, są naturalnymi wrogami, pogodzenie ich poglądów jest niemożliwe.

Czyżby?

Co, jeśli ten konflikt jest złudny i wynika jedynie z zafałszowań oraz powtarzania prymitywnych stereotypów o sobie nawzajem, a tak naprawdę liberałowie i socjaliści mają znacznie więcej wspólnego, niż to się na pozór wydaje? W tym tekście postaram się właśnie w sposób pozbawiony uprzedzeń przedstawić podobieństwa i różnice między tymi dwiema ideologiami.

Liberalizm jest wytworem epoki Oświecenia, ideą, której fundamentem są wolność i prawa jednostki (indywidualizm), równość ludzi wobec siebie (egalitaryzm i tolerancja), demokracja oraz oparty na nauce postęp ludzkości. Powstała ona w opozycji do dominujących wówczas państw feudalnych, opartych na dziedzicznych rządach uprzywilejowanych elit (króla i arystokracji, w sojuszu z kościołem), autorytarnie ustanawiających i egzekwujących prawo. Były to państwa ideowo konserwatywne – podkreślające hierarchię oraz „naturalne” nierówności między ludźmi, kładące nacisk na zachowanie „odwiecznego” porządku poprzez respektowanie „boskich”, a więc nienaruszalnych praw, norm i wartości. Liberalizm był więc ideą wywrotową, rewolucyjną, skierowaną przeciw państwu– w jego ówczesnej formie, i przeciw jego reprezentantom. Pod względem ekonomicznym liberalizm opowiadał się za zniesieniem istniejących ograniczeń, narzuconych przez instytucje feudalne, na rzecz prywatnej inicjatywy i wolności gospodarczej. Tym samym stał się on ideologią szczególnie klas średnich (burżuazji), a jej zwycięstwo współgrało z powstaniem i rozwojem gospodarek kapitalistycznych. Liberałowie zakładali, że jednostki uwolnione od ograniczeń narzucanych przez autorytarne państwo, będą mogły swobodnie się rozwijać, wykorzystywać swe talenty i nadarzające się szanse, by powiększać swój dobrobyt, co w konsekwencji przełoży się na progres całych społeczeństw.

Wiek XIX był zwycięskim pochodem liberalizmu i kapitalizmu. Pierwsza ruch polityczny, odwołujący się do tej ideologii, hiszpańscy liberales, skierowany przeciw monarchii absolutnej oraz dominacji kleru katolickiego, powstał na początku wieku i doprowadził do uchwalenia bardzo postępowej konstytucji w 1812 r. Choć później często te prawa były cofane i zwalczane przez rządy monarchistów, to jednak siła ruchów liberalnych narastała. Z czasem ogłaszane były kolejne konstytucje, znoszące przywileje szlachty oraz ograniczające władzę monarchów na rzecz wybieranych parlamentów i rządów. Leseferyzm gospodarczy zaś przyczynił się do rozkwitu przemysłu i handlu. Miało to jednak również swoją ciemniejszą stronę – pojawiła się szybko rosnąca rzesza żyjących w nędzy robotników przemysłowych. Także sam rozwój gospodarczy nie był nieustającym pasmem sukcesów, lecz doświadczał on kolejnych, bolesnych kryzysów. W odpowiedzi na ten problem pojawił się socjalizm i komunizm, których najdojrzalszym teoretykiem był Karol Marks.

Marks współcześnie przez prawicę ukazywany jest w sposób prostacki i groteskowy – jak jakiś Czarny Charakter z komiksowego uniwersum, szalony naukowiec dążący do zniszczenia świata czy zniewolenia ludzkości, któremu przeciwstawiają się Siły Dobra (reprezentowane oczywiście przez superherosów prawicy). Tymczasem Marks był, krytycznym wprawdzie, ale kontynuatorem myśli liberalnej i od angielskich liberałów, jak m.in. David Ricardo, zaczerpnął swój aparat analityczny. Nie był przeciwnikiem kapitalizmu, podziwiał jego potężne zdolności do kreowania rozwoju gospodarczego i uważał go za niezbędny etap na drodze postępu społeczeństwa. Brał jednak pod uwagę także jego wady – podatność na kryzysy i powszechną wśród klasy robotniczej nędzę, biorącą się z wyzyskiwania jej przez kapitalistów, co wg niego ostatecznie doprowadzi do rewolucji i upadku kapitalizmu. Jego miejsce zajmie socjalizm (gdzie wszystkie środki produkcji staną się własnością wspólną), a fazą końcową ma być nastanie komunizmu (w którym wszelka własność oraz władza państwa zostaną zniesione). Celem ostatecznym dla Marksa jest więc uwolnienie ludzi od nędzy i zniewolenia, jakie realnie narzuca im kapitalistyczna organizacja produkcji (i wynikający z niej podział pracy).

„Odkąd podział pracy został ustanowiony, każdy człowiek ma szczególną, wyłączną sferę aktywności, która jest mu narzucona i od której nie może uciec. Jest myśliwym, rybakiem, pasterzem, krytykiem, i musi takim pozostać, jeśli nie chce utracić środków do życia; podczas gdy w społeczeństwie komunistycznym, gdzie nikt nie ma wyłącznej sfery aktywności, lecz każdy może się spełniać we wszelkich dziedzinach, jakich sobie życzy, społeczeństwo reguluje ogólną produkcję, tym samym czyniąc dla mnie możliwym robienie jednej rzeczy dziś, a innej jutro, polowanie z rana, łowienie ryb w południe, hodowla bydła wieczorem, krytykowanie po obiedzie, tak jak mam na to ochotę, nigdy nie stając się myśliwym, rybakiem, pasterzem ani krytykiem.”

Karol Marks, Niemiecka Ideologia

Narastające problemy zostały też zauważone przez część liberałów, którzy uznali dotychczasowe postulaty liberalizmu za niewystarczające.Tzw. nowi liberałowie (wśród nich m.in. Dickens, Lloyd George, Keynes, a nawet Mill), zwani również socjalliberałami (socialliberal), rozwiązanie widzieli w odrzuceniu doktryny leseferyzmu i bardziej aktywnej postawie państwa wobec kwestii ubóstwa.

„Dawniej nie widziałem dużo większej, jak i stara szkoła ekonomistów politycznych, możliwości fundamentalnej poprawy stosunków społecznych. Własność prywatna, tak jak teraz jest rozumiana, oraz dziedziczenie, były dla mnie ostatecznymi kwestiami do uregulowania: i widziałem jedynie możliwość ograniczania nierówności wynikających z tych rozwiązań instytucjonalnych, poprzez odrzucenie primogenitury oraz ordynacji. Myśl, że można było pójść dalej, niż tylko to, by usunąć niesprawiedliwość – bo jest to niesprawiedliwość, niezależnie od tego, czy możemy ją usunąć całkowicie lub nie – wynikającą z faktu, że niektórzy rodzą się bogaci, a zdecydowana większość biedna, uważałem wówczas z chimeryczną, i miałem tylko nadzieję, że powszechna edukacja doprowadzi do dobrowolnego ograniczenia populacji, a poziom biedy może uda się wtedy uczynić bardziej znośnym. W skrócie, byłem demokratą, ale niemniej Socjalistą. Jestem teraz znacznie mniej demokratą, niż byłem, ponieważ jak długo edukacja pozostaje tak żałośnie niedoskonała, obawiam się ignorancji oraz szczególnie samolubstwa i brutalności mas: ale mój ideał ostatecznego postępu przekracza dalece Demokrację i zdecydowanie mogę zostać zaklasyfikowany pod ogólną kategorią Socjalisty. Podczas gdy odrzucam z całą stanowczością tyranię społeczeństwa nad jednostką, którą większość systemów Socjalistycznych przypuszczalnie zakłada, to jednak nie mogę się doczekać czasów, kiedy społeczeństwo nie będzie już dłużej dzielone na leniwych i przedsiębiorczych; kiedy zasada „kto nie pracuje, ten nie je”, będzie dotyczyć nie tylko nędzarzy, ale bezwarunkowo wszystkich; kiedy podział wytworów pracy zamiast zależeć od tego, jak to teraz w znacznym stopniu ma miejsce, od przypadkowego urodzenia, będzie zgodny z uznaną zasadą sprawiedliwości; oraz kiedy nie będzie już ani niemożliwe, ani nie będzie uważane za niemożliwe, aby ludzie usilnie starali się zdobywać korzyści, które nie będą wyłącznie ich własnością, ale będą dzielone ze społeczeństwem, do którego należą.”

John Stuart Mill, Autobiografia

Z drugiej strony przewidywany przez Marksa ostateczny upadek kapitalizmu i wynikająca z tego rewolucja nadal nie mogły się ziścić. Doprowadziło to na tym tle do podziału ruchu socjalistycznego na z grubsza dwa odłamy – na socjaldemokratów, którzy uznali, że droga do poprawy losu klasy robotniczej wiedzie poprzez udział w demokratycznych wyborach, sprawowanie władzy i stopniowe wdrażanie reform; oraz na radykalnych komunistów, którzy będąc wierni idei ostatecznej rewolucji, nie widzieli sensu w braniu udziału w naprawie i przedłużaniu trwania systemu, jaki chcieli obalić.

Seria wojen, kryzysów i rewolucji w pierwszej połowie XX wieku całkowicie zmieniła polityczny pejzaż świata. Komunistom udało się zdobyć władzę w Rosji, gdzie zaczęli wdrażać swoją wersję socjalizmu, zgodnie z obawami Milla, opartej na dyktaturze, a nie na demokracji. Wielki Kryzys lat 30-tych obnażył niezdolność rządów klasycznych liberałów do radzenia sobie z takimi sytuacjami, dając tym pożywkę ruchom radykalnym. W tej sytuacji, przerażeni rosnącymi w siłę socjalistami i komunistami, niemiecka prawica oddała władzę faszystom, w konsekwencji doprowadzając do światowej katastrofy.

„Wszyscy jesteśmy teraz keynesistami.”

Milton Friedman, 1965

Mierząc się ze skutkami kryzysów lat 30 i 40-tych, by uniknąć powtórzenia się ich w przyszłości, oraz by stawić czoło wyzwaniu, jakim była potęga ZSRR, kolejne państwa demokratyczne adaptowały politykę interwencjonizmu (począwszy od polityki New Deal w USA czy rządów socjaldemokratów w państwach skandynawskich), co ostatecznie doprowadziło do upowszechnienia się modelu państwa dobrobytu (welfare state) oraz ekonomii keynesowskiej w krajach zachodnich. Była to polityka powszechnie akceptowana przez większość sił politycznych – dzięki połączeniu aktywnej polityki państwa i szerokich reform socjalnych z zasadami liberalnej demokracji, udało się zapewnić bardzo szybki rozwój gospodarczy i społeczny, a tym samym uniknąć przejęcia władzy przez ruchy radykalne. Powojenny okres do końca lat 60-tych nazywany jest „złotym wiekiem kapitalizmu”, co zakrawa na pewną ironię, gdyż osiągnięto to dzięki polityce postulowanej często przez ruchy i ludzi uważających się za (demokratycznych) socjalistów.

Kryzysy lat 70-tych zachwiały dominującą pozycją keynesizmu. Dotychczasowa polityka nie była w stanie poradzić sobie z tą sytuacją, co doprowadziło do powrotu popularności idei klasycznego liberalizmu. Tym razem jednak ideologię liberalną podjęli neokonserwatyści, na czele z Ronaldem Reaganem i Margaret Thatcher, tworząc hybrydę znaną jako neoliberalizm. Z czasem ideologia ta trafiła też na podatny grunt w krajach socjalistycznych, gdzie kryzys również podważył zasadność dotychczasowych rozwiązań. Idee neoliberalne przyjęły się też w wśród partii lewicowych pod hasłem Trzeciej Drogi, reprezentowanej głównie przez Billa Clintona oraz Tony’ego Blaira (w Polsce przez Leszka Millera).

Czym jest neoliberalizm? Jest to skrajnie radykalna wersja leseferyzmu gospodarczego połączona z ideologią konserwatywną. Wychodzi z założenia, że każdy człowiek jest absolutnie racjonalny i nieomylny w swych działaniach i podejmowanych wyborach. Idealnym narzędziem nawiązywania relacji między doskonale racjonalnymi jednostkami jest oddolnie kreowany, samoistnie działający wolny rynek. Mechanizm wolnorynkowy skupiający idealne jednostki jest tak perfekcyjny, że jego działanie powinno być zaimplementowane nie tylko w dziedzinie gospodarki, ale w każdej dziedzinie życia (np. kultura sprowadzona zostaje do przynoszącej zyski masowej rozrywki; małżeństwo stanowi rodzaj kontraktu między dwoma osobami, w którym dziecko staje się inwestycją), gdzie pieniądz stanowi podstawowy miernik racjonalności. Obiektywność rynku i pieniądza, niezależna od poglądów ideologicznych, powoduje, że zasady polityki i ekonomii neoliberalnej zostały uznane za technokratyczne, niepodważalne dogmaty, nawet nie na poziomie nauk społecznych, ale wręcz nauk ścisłych, jak fizyka.

„Zarówno naruszanie prawa grawitacji (np. skok z wieży), jak i praw ekonomii (w tym arytmetyki), smutno się kończy. Z tym, że w pierwszym przypadku płaci delikwent, a w drugim społeczeństwo, które dało się ogłupić politycznym cwaniakom.”

Leszek Balcerowicz

Jeśli dokonane wybory i ich rzeczywiste efekty jednak odbiegają od idealnych, to wynika to z działania sił zewnętrznych w stosunku do wolnego rynku i racjonalnej jednostki, czyli z narzucanych ograniczeń i regulacji kolektywnych, głównie ze strony państwa. Tym samym, by zapewnić jak najlepsze funkcjonowanie wolnego rynku, wszelkie regulacje powinny być zniesione, zakres działania państwa zminimalizowany, własność publiczna – jako z założenia nieefektywna – sprywatyzowana, a marnotrawienie środków indywidualnych poprzez zbieranie podatków jak najmniejsze.

Jako że wolna jednostka osiąga najlepsze efekty działając bez zewnętrznej interwencji, tym samym jest też całkowicie odpowiedzialna za swój los. Dobrobyt człowieka zależy więc tylko i wyłącznie od niego samego – jego decyzji i włożonego wysiłku. Z tego też wynikają naturalne różnice między ludźmi (którzy wprawdzie są równi wobec prawa, ale nie są równi pod względem talentów i charakteru) – niektórzy są ciężko pracującymi geniuszami, a niektórzy są zwyczajnie leniwi. Tych ostatnich, chcących żyć na koszt ludzi zaradnych, należy więc zmuszać do pracy, eliminując zasiłki socjalne, jak i progresywne opodatkowanie. A tym pierwszym nie należy przeszkadzać, gdyż to dzięki nim cała gospodarka się rozwija i tworzą miejsca pracy.

Neoliberalizm, pod pozorem powrotu do klasycznych idei liberalnych, w rzeczywistości jest jednak postawieniem ich na głowie i wprowadzeniem tylnymi drzwiami starej ideologii konserwatywnej. W odróżnieniu od liberalizmu, centralnym punktem neoliberalizmu nie jest człowiek jako jednostka, lecz jedynie jednostka wybitna. Człowiek nie jest wartością sam w sobie, jest warty o tyle, o ile pracuje, a miarą jego wartości jest ilość pieniądza uzyskana z tej pracy. Jednostki nie są więc sobie równe, lecz tworzy się „naturalna” hierarchia – u góry znajdują się jednostki wybitne (arystokracja pieniądza, bogaci celebryci), na dole zwykły lud, którego rolą jest ciężka praca (i jak w przypadku „leniwych” chłopów pańszczyźnianych, trzeba ich do tej pracy zmuszać, a roszczeniowość i złodziejstwo tępić). Wszelkie próby zmiany tej hierarchii, to godzenie w doskonały (doskonały, czyli boski) porządek. A jest on doskonały, gdyż opiera się na niepodważalnych dogmatach naukowych, ustanowionych przez współczesnych kapłanów – neoliberalnych ekonomistów. W teorii możliwy jest awans z niższych warstw społecznych poprzez ciężką pracę i talent, ale jest to zjawisko wyjątkowo rzadkie. W rzeczywistości pozycja społeczna jest przede wszystkim dziedziczona – i dziedziczenie majątku, niskie podatki, słabość instytucji i brak interwencjonizmu państwa jest tym, czego współcześnie arystokraci najżarliwiej bronią, pod pozorem obrony wolności jednostki chroniąc w rzeczywistości swoje przywileje.

Argumenty pierwszych liberałów, skierowane przeciw państwu autorytarnemu i konserwatywnemu, w imię budowy państwa demokratycznego, neokonserwatyści wyjęli z historycznego kontekstu i obrócili przeciw państwu w ogóle, osłabiając tym samym najważniejszą instytucję demokratyczną. Liberalizm w neoliberalizmie stał się tylko fasadową nazwą i mają one ze sobą tyle wspólnego, co narodowy socjalizm z socjalizmem. Sami zaś klasyczni myśliciele liberalizmu, na których neoliberałowie (wybiórczo) często się powołują, zapewne byliby pierwszymi, którzy by przeciwko nim wystąpili.

„Interes przedsiębiorców (…) jest zawsze pod pewnym względem różny od interesu publicznego, a nawet mu przeciwny (…). Propozycja jakiegoś nowego prawa czy przepisu regulującego handel, która pochodzi od tej klasy, powinna się zawsze spotkać z największą ostrożnością i nie powinna być nigdy przyjęta, zanim nie zostanie wszechstronnie i dokładnie zbadana, nie tylko z największą skrupulatnością, lecz z najbardziej podejrzliwą uwagą. Pochodzi bowiem od klasy, której interes nie jest dokładnie taki sam jak interes publiczny, a która jest zainteresowana tym, by oszukiwać, a nawet ciemiężyć społeczeństwo, i która je w wielu przypadkach oszukiwała, jak i uciskała.”

Adam Smith

Współcześnie liberalizm jest nadal często utożsamiany z neoliberalizmem. Wprawdzie następuje odwrót od tej ideologii, widoczny w krajach zachodnich od czasu kryzysu w 2008 r., który był jej efektem, do Polski jednak ten trend dociera z opóźnieniem. Wynika to ze specyficznych uwarunkowań lokalnych – przyjęcie przez nowe elity w latach 90-tych neoliberalizmu z gorliwością neofitów powoduje, że wszelką jego krytyka jest traktowana jako zamach na ich uprzywilejowaną pozycję oraz podważanie całego mitu założycielskiego III RP. Silna reakcja obronna jest wdrukowana także w samą ideologię neoliberalną, która uprościła i zradykalizowała swój przekaz, wszelkie przejawy aktywności instytucji państwa nazywając komunizmem – co zresztą nadzwyczaj dobrze rezonowało w III RP, powstającej w opozycji do Polski Ludowej. Do jednego wora wrzucono więc zarówno lewicę demokratyczną, socjalliberałów, jak i lewicę totalitarną znaną z dawnego bloku radzieckiego, nie troszcząc się w ogóle w jakiekolwiek zrozumienie różnic między nimi. Najczęstszym objawem tego prymitywnego zabiegu jest nazywanie wszystkiego, co nie jest zgodne z dogmatem neoliberalnym, „PRL-em”, i do tego zazwyczaj sprowadza się wszelka próba dyskusji z polskimi neoliberałami. Druga strona nie pozostaje więc dłużna, nazywając swych oponentów pogardliwie „libkami” – czasami też stosując uproszczenia, wrzucając z kolei do jednego „libkowego” worka z neoliberałami i libertarianami, także liberałów czy socjalliberałów.

Czy jeśli jednak odrzucimy skrajne postawy i stereotypy, to czy porozumienie między liberałami a socjalistami czy socjaldemokratami jest możliwe? Punktem wyjścia dla liberałów jest dążenie i zachowanie maksymalnie możliwej wolności osobistej, dla socjalistów – dążenie do maksymalnie możliwej równości między ludźmi. Czy wolność musi być sprzeczna z równością? Niekoniecznie, a co więcej, te dwie wartości są ze sobą wręcz komplementarne.

Wg liberałów ludzie wolni w największym stopniu są w stanie realizować swój potencjał, korzystać ze swej inteligencji, wiedzy, umiejętności, wybierać taką pracę czy aktywność, który przynosi im największą satysfakcję. Dzięki takiej powszechnej wolności korzysta na tym całe społeczeństwo, gdyż wszystkie talenty mogą być w pełni wykorzystane. W tym celu jednak wolni powinni być możliwie wszyscy ludzie, a zakres tej wolności przynależny każdemu powinien być taki sam. Jeśli byłby on różny, wówczas ludzie o określonych kompetencjach, ale znajdujący się w gorszej sytuacji, nie mogliby ich wykorzystywać, co byłoby ze szkodą dla całego społeczeństwa. Dlatego wszyscy ludzie powinni być równi wobec prawa (co jest klasycznym postulatem liberalnym), ale jest to dopiero początek. Ile bowiem jest warta teoretyczna równość, gwarantowana przez liberalne prawo, jeśli z tego prawa realnie część ludzi nie jest w stanie korzystać? Czy dwie osoby, o identycznych umiejętnościach, mających takie same dążenia, mających w teorii równe prawo dostępu do edukacji czy pracy, są rzeczywiście sobie równe, jeśli jednej z nich nie stać na opłacenie uczelni czy akademika, bądź nie jest w stanie dojechać do miejsca pracy? Czy dzieci z rodzin mniej zasobnych, z odległych miejscowości, gdzie nie ma rozwiniętej infrastruktury publicznej, mają równe szanse, co dzieci z rodzin zamożnych, z dużych miejscowości, których rodziców stać na sfinansowanie wielu dodatkowych zajęć i rozwijanie zainteresowań? Czy równi są też przedsiębiorcy, z których jeden ma możliwość zatrudnić specjalistów od unikania płacenia podatków, a drugi nie?

Pogodzenie się z sytuacją, gdy w sposób „naturalny” ludzie rodzą się nierówni (niektórzy bogaci, niektórzy biedni, niektórzy w mieście, niektórzy na wsi itd.), powoduje jedynie, że przy obowiązujących wszystkich takich samych zasadach, część ludzi od razu znajduje się w uprzywilejowanej pozycji, z której łatwiej im jeszcze te korzyści akumulować i jeszcze bardziej zyskiwać przewagę nad pozostałymi, mniej szczęśliwymi osobami. W konsekwencji pozostawiona sama sobie liberalna równość zasad, bez troski o socjalistyczną równość szans, prowadzi do tworzenia się społeczeństwa zdominowanego przez wąską oligarchię, która chętnie ten stan rzeczy zakonserwuje jako „naturalny porządek świata”.

Oczywiście, nie jest możliwe osiągnięcie maksymalnej równości ani nie należy dążyć do równości rozumianej w sposób taki, że „wszyscy dostają dokładnie to samo”, niezależnie od włożonego wysiłku. Jednakże dążenie do wyrównywania szans, niwelowanie różnic na tyle, na ile jest to możliwe, jest też jednocześnie działaniem dającym ludziom większą wolność wyboru swojej ścieżki życiowej oraz minimalizowaniem marnotrawstwa potencjału ludzi, którzy bez zewnętrznego wsparcia zostaliby zmuszeni do wykonywania prac poniżej ich realnych możliwości. W konsekwencji – przyczynia się to również do dobrobytu całego społeczeństwa.

W praktyce oznacza to, że z liberalnego punktu widzenia postulaty socjaldemokratyczne – powszechnego dostępu do publicznej edukacji, służby zdrowia, ochrony prawnej, transportu zbiorowego, progresji podatkowej (szczególnie, jeśli chodzi o różnice między opodatkowaniem korporacji a opodatkowaniem zwykłych ludzi) czy podatki od spadków – są jak najbardziej korzystne.

Nie są to jedyne cechy wspólne liberalizmu i demokratycznego socjalizmu. Obie ideologie podkreślają znaczenie nauki, która także ma służyć postępowi ludzkości. O ile skrajne wersje liberalizmu (neoliberalizm) i socjalizmu (marksizm w stylu radzieckim) zmutowały w stronę para-religii, gdzie założone dogmaty o perfekcyjnym mechanizmie rynkowym bądź materializmie dialektycznym były niepodważalne i tym gorzej dla faktów, jeśli ich nie potwierdzały, o tyle bardziej umiarkowane odłamy akcentują znaczenie formułowania konkretnych postulatów i polityk w oparciu o dowody (evidence based policy). Także tolerancja wobec odmienności ludzi wynikających z cech wrodzonych czy też przyjętego stylu życia, jest wspólna dla socjalistów i liberałów.

Być może jedyną, znaczącą współcześnie różnicą między tymi ideologiami, jest wizja przyszłości. O ile liberałowie nie formułują wizji konkretnej, docelowej formy organizacji społeczeństwa (co nie oznacza, że nie widzą potrzeby jego organizowania), o tyle socjaliści zakładają np. uspołecznienie środków produkcji i likwidację własności prywatnej. Dla liberała jest to tylko jedna z możliwości i to o tyle, o ile będzie ona osiągnięta w ramach powszechnego konsensusu. We współczesnych warunkach jest to jednak kwestia dość teoretyczna i może stanowić raczej temat do ciekawych dyskusji akademickich.

Co właściwie więc stoi na przeszkodzie do porozumienia między socjalistami a liberałami? Jak to zazwyczaj właśnie bywa z dwoma obcymi „plemionami” – lęk, niepewność, uprzedzenia, stereotypy. Tymczasem te „plemiona” są tak naprawdę odłamem tej samej wspólnoty ludzi, którzy chcą zarówno żyć godnie, jak i być wolnymi. A jeśli już potrzeba im przeciwnika, to są nimi występujący pod różnymi postaciami konserwatyści, którzy tę godność i wolność rezerwują tylko dla siebie i sobie podobnych.

Autor: Marcin Szost

Katastrofa na Odrze

Pod koniec marca tego roku w Kanale Gliwickim pojawiły się martwe ryby. Pod koniec lipca ogromne ilości nieżywych ryb (potem także martwe bobry i ptaki) zaczęto znajdować w okolicach Oławy, a potem coraz bliżej ujścia Odry.

Jest 13 sierpnia. Nie wiemy, czy wydarzenia z marca i z przełomu lipca i sierpnia są ze sobą powiązane. Nie wiemy, jaka substancja zabija zwierzęta i szkodzi ludziom (osoby, które zbierały śnięte ryby, informowały o podrażnieniach skóry), skąd się wzięła, kto odpowiada za to, że znalazła się w Odrze, jakie środki ostrożności i jakie leczenie stosować w przypadku kontaktu z nią, jak bardzo jest dla nas groźna.

Jak to możliwe, że doszło do katastrofy ekologicznej na tak ogromną skalę? Że przez tyle dni nie zrobiono nic, żeby ustalić, co się dzieje, nie zadbano o bezpieczeństwo ludzi i zwierząt (alerty RCB, ostrzeżenia przed wchodzeniem do wody i jedzeniem ryb, odzież ochronna dla osób sprzątających martwe ryby), nie zajęto się minimalizowaniem szkód?

Pojawiły się komentarze, że państwo nie działa – ale to nieprawda. W przypadku katastrof ekologicznych i eko-przestępstw – zanieczyszczenia wód, pożarów wysypisk śmieci, nielegalnej wycinki chronionych drzew – podejmowane jest mnóstwo działań: pisma między różnymi instytucjami krążą, aż furczy, udzielane są wywiady, pisane są felietony, interpelacje i posty w mediach społecznościowych, organizowane są dziesiątki spotkań. Po czym ludzie się męczą, odbijając się po raz kolejny od muru obrażonych zapewnień urzędników, że ci robią, co mogą i co do nich należy, szum wokół sprawy cichnie, pisma trafiają do stosownych segregatorów.

I właśnie tak doszło do tej ogromnej katastrofy. Doszło do niej, ponieważ bez żadnych konsekwencji dla trucicieli, urzędników i władz wszelkich szczebli, zamieciono wcześniej pod dywan setki, może tysiące, innych, mniejszych katastrof. Samorządowcy pisali do inspektorów środowiska, pracownicy śluzy do straży pożarnej, inspektorzy środowiska do policji, obywatelki do posłów, posłowie do ministrów…. A – zwykle znakomicie wszystkim znany – truciciel bez większych przeszkód nadal „optymalizował koszty” i „maksymalizował zysk” niszcząc środowisko i narażając zdrowie swoich współobywatelek i współobywateli.

Także tym razem państwo zadziałało tak, jak zwykle – wzięło na przeczekanie. Tylko że ze względu na skalę katastrofy, po dwóch tygodniach stało się jasne, że ten numer nie przejdzie. W takich przypadkach, państwo sięga po kolejne narzędzie: typuje winnych i ostentacyjnie ich karze. Przy czym jeśli są to krewni i znajomi władzy, to w większości przypadków wkrótce po nagłośnionej karze-dymisji, następuje dyskretne powołanie na inne intratne stanowisko.

Jesteśmy właśnie na etapie dymisjonowania kozłów ofiarnych. Nie są to niewiniątka, ale ich wyrzucenie z obecnej pracy nie rozwiązuje problemu. Co by go rozwiązało? To pytanie do polityków i polityczek. Funkcjonowanie państwa to ich działka. Niech nie poprzestają na rytualnym załamywaniu rąk nad państwem PiS, niech przyjdą do nas z opowieścią, jakie państwo i jakimi środkami sami będą budować, jeśli damy im taką możliwość. Niech nam powiedzą, jak unikać w przyszłości takich katastrof i jak na nie reagować. Odpowiedzi: „Wystarczy nie kraść”, „Wystarczy przywrócić praworządność”, czy: „Powołamy komisję śledczą” nie powinny nam wystarczyć.

Autorka: Agnieszka Lutostańska

Hadrozaur a sprawa polska

Poszedłem sobie do kina na film o dinozaurach (przepraszam o dinozaurach nieptasich). Nie wiem po co mi to było, bo zmarnowałem parę godzin. Może jestem marudzącym dziadersem i nie łapię nowoczesnej konwencji blockbusterów, które obecnie wyglądają tak samo, z galopującą akcją, pomysłami od czapy, nielogicznymi scenariuszami i bohaterami tak nijakimi i pozbawionymi elementarnej głębi, że po wyjściu z kina wszystko niknie i się rozmywa.

W sumie ten tekst jest z powodu tego, że nudząc się na tym „dziele”, naszła mnie refleksja, że ten obraz jest niczym rządy Prawa i Sprawiedliwości. Bo czyż nie miało być wyraziście i skończywszy z polityką ciepłowodną, w końcu mieliśmy dostać kawał krwistego politycznego beefa. No i wyszło to co wyszło. Mamy zatem zestaw oklepanych grepsów, kalk z poprzednich epizodów, kupę zrzynek z innych tytułów, no i całą masę wariactw, które sprawiają wrażenie, że twórcy dzieła siedli sobie przy stole i przerzucali się pomysłami, spisując je jak leci. Potem fru do scenarzysty, który to ze zręcznością godną Sasina polepił i wyszedł niestrawny glut. Do tego przyozdobiony antynaukowymi bzdurkami i kompletną dezynwolturą odnośnie współczesnych badań nad fauną mezozoiku. Zaiste, nie trzeba się mocno pochylać, by dostrzec podobieństwa między – miejmy nadzieję, ostatnią – częścią Dżurasika i – miejmy nadzieję, ostatnią – kadencją PiSu.

Prawda czasu i prawda ekranu pokrywają się idealnie – i tu, i tu mamy złe siły, które blokują dobre zmiany, mocny wątek rodziny, w formie wzniosło-patetycznej, mający z realizmem tyle wspólnego, co Gowin ze stałością poglądów, na dodatek głupotki i teksty wypowiadane z mądrymi minami przez odtwórców głównych ról, przypominają standuperskie „The Best of Janusz Kowalski”.

Pierwszy garnitur podstarzałych polityków, odkurzonych nieco z pajęczyn zapomnienia, na pewno w roku wyborczym objawi się w pełnej krasie i będą błyszczeć, niczym oka tłuszczu na niedzielnym rosole. W Jurassic World Dominion mamy to samo, wygrzebane z lamusa gwiazdy – Laura Dern, Sam Neill i Jeff Golblum mieli uratować i nie uratowali. Oby się ziściło i w realu.

Z seansu, poza irytacją, pozostały mi w pamięci dwa suchary, obydwa wypowiedziane przez Jeffa Goldbluma. Pierwszy bon mot o psie, który gwałcił jego nogę, aż mu skóra zrogowaciała na łydce, drugi, równie genialny, to „Wisimy nad przepaścią, ale wisimy stabilnie”. No i tak na zakończenie, mam tu takie małe pararele i odwołania do rzeczywistości. Czy nie czujecie się troszkę jak łydka Goldbluma i czy ten drugi tekst nie przypomina wam sytuacji gospodarczo – społecznej w pewnym średniej wielkości państwie w środkowej Europie.

Tak już na sam koniec – hadrozaury dawniej nazywano dinozaurami kaczodziobymi.

DZIEŃ RĘCZNIKA 25 MAJA

Dzień Ręcznika to święto ustanowione na cześć wielkiego – dosłownie i w przenośni – pisarza angielskiego, Douglasa Adamsa.

Więcej

HISTORIA JEST NAUCZYCIELKĄ ŻYCIA?

Od Herodota zapisywano dzieje ludzkich czynów. Bohaterskich, wspaniałych, wielkich, ale też tych podłych, złych i przynoszących hańbę i wstyd. Skutki takich działań zawsze były wykorzystywane mniej lub bardziej propagandowo, bo przecież „historię piszą zwycięzcy”, „vae victim”, „kto nie zna swojej historii, ten będzie na nią skazany” etc.

Więcej

1 Maja, Święto Pracy – historia dzieje się na co dzień.

Wielu osobom w Polsce świętowanie 1 Maja kojarzy się negatywnie z czasami PRL-u, kiedy władza organizowała masowe pochody, na które przymusowo były wysyłane całe zakłady pracy i szkolne delegacje. Historia Święta Pracy jest jednak dużo wcześniejsza niż czasy PRL-u, bo 1 Maja jako Międzynarodowy Dzień Solidarności Ludzi Pracy został ustanowiony już w roku 1890 (XIX wiek!) jako upamiętnienie brutalnie stłumionych robotniczych demonstracji w Chicago. Amerykańscy robotnicy i działacze związkowi w maju 1886 roku walczyli na ulicach o wprowadzenie 8-godzinnego dnia pracy, co spotkało się z brutalną odpowiedzią policji oraz bojówek tworzonych przez właścicieli fabryk.

Więcej

Analiza wyborcza Leszka Kraszyny.

Sondaż United Surveys z 9.05.2022r. jest o tyle ciekawy, że zrobiono go w różnych wariantach, dzięki czemu można przeanalizować, który scenariusz startu opozycji daje największe szanse na odsunięcie PiS od władzy. Wyniki potwierdzają naszą intuicję, że największą szansę na zwycięstwo opozycji daje start opozycji w dwóch – czy wręcz może trzech – blokach, że start w jednym bloku powoduje utratę głosów Zjednoczonej Opozycji na rzecz zarówno PiS, Konfederacji jak i niezdecydowanych, że z kolei cztery listy opozycji oznaczają zbyt duże jej rozdrobnienie, które daje PiS-owi premię D’Hondta.

Więcej

Dlaczego nie można nigdy zapominać o równościowych postulatach?

Pamiętam ataki na świeżo wybrane posłanki Lewicy, ataki wychodzące także z własnych szeregów, oskarżenia, że angażują się w walkę o pierdoły – czyli feminatywy – kiedy łamana jest Konstytucja, zniechęcając przez to potencjalny elektorat. Pamiętam ataki na osoby idące w „Marszu tysiąca tóg” z tęczowymi flagami, ataki które można streścić: „Przeszkadzacie w obronie praworządności, tak się tutaj obnosząc, zniechęcacie tych, którzy praworządności chcą bronić, ale tęczowych flag nie lubią”. Słucham teraz, jak prezydent Zelenskyy używa męskich i żeńskich zaimków, widzę feminatywy i żeńskie zaimki w tekstach i wypowiedziach osób nawet bardzo dalekich od lewicy, widzę zdjęcia ukraińskich osób LGBT+ w dragu, a obok w mundurze, słyszę mojego tatę, informującego mnie, co planuje jego gościni z Ukrainy i powiem Wam jedno: już nikt nigdy mnie nie przekona, że w ciężkich czasach (a czasy są permanentnie ciężkie), trzeba chować pod klosz równościowe postulaty i zawieszać (oczywiście „tymczasowo”) walkę o społeczną zmianę. Tak mi dopomóż Potwór Spaghetti i Bogini-Matka.

Autorka: Agnieszka Lutostańska

PTASIE RADIO

Halo, halo! Tutaj ptasie radio w brzozowym gaju,

Nadajemy audycję z ptasiego kraju.

Proszę, niech każdy nastawi aparat,

Bo sfrunęły się ptaszki dla odbycia narad:

Po pierwsze – w sprawie,Co świtem piszczy w trawie?

Po drugie – gdzie się

Ukrywa echo w lesie?

Po trzecie – kto się

Ma pierwszy kąpać w rosie?

Po czwarte – jak

Poznać, kto ptak,A kto nie ptak?

A po piąte przez dziesiąte

Będą ćwierkać, świstać, kwilić, Pitpilitać i pimpilić..

Dawno temu, pan Julian Tuwim tak pisał o mediach. No i jak to bywa z wieszczem – wywieszczył to z czym się dziś musimy borykać. Doczekaliśmy się bowiem czasów, kiedy media nie mają za zadanie nas bawić i uczyć, ale ogłupiać i dezinformować. Wiedzę podawaną w sposób dostępny dla mas, zastąpiło pimpilenie o niczym, programy typu „Twoja stara grzmi znajomo”, czy kolejny odcinek o tym jak celebryci się bawią dobrze udając, że jest im źle. Dezinformacyjny szum, z którego przebijają się ważne pytania o „życie, wszechświat i całą resztę”, w którym do dyskusji jako interlokutorów wobec niekwestionowanych fachowców zaprasza się wszelkiej maści szarlatanów, oszustów i miglanców.Patrząc na zastępy medialnych demiurgów nie sposób ustrzec się wniosku, że poziom ich pracy obniża się dosyć gwałtownie. W szeregach wpływowych „dziennikarzy” znajdziemy dmuchawca z siłowni, mającemu problemy z elementarną matematyką, panią plagiatorkę życzącą ludziom w depresji, aby wzięli się w garść i pooglądali filmiki na youtubie, znaną dziennikarkę nagrywającą smutne filmiki w tropikalnym anturażu, dzierżącą w ręce konstytucję. O prawej stronie nawet nie warto mówić, bo gigantyczne pieniądze państwowe pompowane w aparat propagandy, astronomiczne zarobki miernot intelektualnych i zwyczajnych hucpiarzy, to wszystko jest tak wysoce niemoralne, że poświęcanie paru słów tym indywiduom to i tak za dużo.Dziennikarstwo polityczne to jest odrębna przyczyna kryzysu. Debaty polegające na przekrzykiwaniu się i przerywaniu, popartym słowotokiem pełnym nowomowy. Polityka to obecnie klepanie sloganów – ćwierkanie, świstanie i kwilenie, ubieranie banałów w garnitur trudnych wielosylabowych neologizmów z korpogadki. Wyśpiewywane chorały Horały – polityka tak pustosłownego i tak przekonanego o swoich zdolnościach, że wsłuchanie się w jego słowotok jest aberracyjnym doznaniem polegającym na uszkadzaniu własnej matrycy pojęciowej.Pandemia i wojna w Ukrainie pokazują, jak wielkim orężem jest dezinformacja, tworzenie bałaganu pojęciowego, budowanie narracji sensacyjnej, spiskowe teorie bazujące na mechanizmie tworzącym miejskie legendy to dziś mainstream mediów.Media się zmieniają zbyt gwałtownie, byśmy byli w stanie przejść przez ten etap suchą stopą, prasa drukowana i telewizja, które jeszcze kilkanaście lat temu trzymały rząd dusz, tracą na znaczeniu. W dorosłość weszło pokolenie „bez telewizora”, które swoją medialną strawę czerpie z sieci. Obserwując staczanie się mediów klasycznych, ucieczkę w propagandówkę i samozachwyt, zastąpienie rzetelności przez informacyjną rąbankę, okraszoną klikalnościową pogonią za widzem, nasuwa się refleksja – kończy się świat mediów starych, w wizgu petard, z kolorowym kalejdoskopem wrażeń, od którego mdli. Idzie nowe, nieznane i niespokojne. Czy wykształci się z tego dobra rzeczywistość medialna to tego żaden jasnowidz nie przewidzi. Póki co w starych mediach, w obecnych czasach telewizja straciła twarz Davida Attenborough, w zamian dając ulaną i uchachaną gębę Kurskiego, oby to nie było mementi dla nowego porządku medialnego.

Autor: Piotr Zych

SZACUNEK DLA WSZYSTKICH LUDZI

*Tekst prezentuje poglądy i przemyślenia autorki i nie jest oficjalnym stanowiskiem Stowarzyszenia Spójnik. Jednocześnie zapraszamy do przesyłania tekstów prezentujących szeroki wachlarz lewicowych nurtów i opinii.

W opublikowanym niedawno tekście, Krystian Głuch przywołał hasło kampanii wyborczej niemieckich socjaldemokratów „Szacunek dla Ciebie” i zinterpretował je jako obietnicę respektowania ludzi, niezależnie od ich pochodzenia, pomysłów na życie i aspiracji na przyszłość. Z tym trudno byłoby się nie zgodzić: lewicowe polityczki i politycy powinni szanować ludzi. Na tym jednak kończą się tezy z tego tekstu, z którymi się zgadzam.Autor na jednym wydechu zarzuca lewicy, że wie czego chcą osoby mieszkające w Polsce lepiej od nich samych, mówienie im tylko tego, co chcą usłyszeć, a także skupienie wyłącznie na samej sobie i brak komunikatów na zewnątrz. Nie jest bynajmniej moim celem przekonywanie kogokolwiek, że w komunikacji zewnętrznej lewicy nie ma elementów do poprawy, jednak trudno potraktować poważnie tego typu zarzuty, które wzajemnie się wykluczają. Moim pierwszym skojarzeniem po przeczytaniu tego fragmentu była krytyka rodziny i znajomych w stosunku do młodych matek: dziecko jest zawsze za lekko i za grubo ubrane na spacerze, a w ogóle to ciągle siedzi w domu. Teza o utracie trzech milionów wyborców jest nadmiernym uproszczeniem, bo w mojej opinii trudno zaklasyfikować SLD z 2001 roku jako formację lewicową, a już z pewnością nie taką, która dzięki swojej lewicowości zdobywała poparcie. Takie postawienie sprawy ignoruje przede wszystkim kontekst obozów post-solidarnościowego i post-peerelowskiego w politycznej rzeczywistości tamtego czasu, który był znacznie istotniejszą osią podziału niż wartości prawicowe i lewicowe w latach 90. i początku XXI wieku. Świadomość społeczna w wielu kwestiach się zmieniła – i bardzo dobrze! – nie ma więc prostej ciągłości pomiędzy osobami głosującymi na SLD z 2001 roku, a tymi, które w 2023 postawią krzyżyk przy nazwisku na lewicowej liście. Trzeba jednak przyznać, że lewica poparcie traci – nasze metaforyczne dziecko z końca poprzedniego akapitu się przeziębiło. Sondaże pokazują niższe zainteresowanie niż w poprzednich wyborach. Co możemy na to poradzić? W tekście Krystiana pojawia się kilka dosyć chaotycznych postulatów na zmianę dyskursu. Niektóre z nich są mylne w kierunku, inne także w źródle, a jeszcze inne wydają się sensowne, ale nie do końca dobrze opowiedziane – nad czym przydałoby się popracować, jeśli polecamy innym, w jaki sposób prowadzić narrację. Zaczynając od pytania o gospodarkę – czy politycy są sługami narodu? Pomijając już, że nie jest to kwestia gospodarcza, moim zdaniem – nie. Warto byłoby w ogóle odejść od retoryki pracy jako służby, bo wiele sektorów zawodowych jest już tym potwornie zmęczonych. Pielęgniarki dostają gęsiej skórki słuchając o służbie zdrowia, a nauczyciele o tym, jakim wspaniałym powołaniem jest ich zawód. Praca, która wzbogaca życie innych ludzi to ogromna społeczna wartość, ale im więcej mówimy o tym, że to służba, tym wygodniejsze jest przymykanie oczu na fatalne warunki zatrudnienia. Mówienie o „służbie” jest językową furtką do świata, w którym klaszczemy z okna ratowniczkom medycznym, zamiast zatrudnić je na umowę o pracę i zapłacić godne wynagrodzenie. A jak się do tego mają polityczki? Są przedstawicielkami społeczeństwa, reprezentują interesy swoich wyborczyń, powinny jak najlepiej i najrzetelniej wykonywać swoją pracę, walcząc o rozwiązania w interesie tysięcy osób, które im zaufały. To ogromna odpowiedzialność, z której powinny być rozliczane, ale osobiście nie chciałabym sprowadzać ich ani do roli nicnierobiących celebrytek, ani służących. Wracając jednak do gospodarki – odzyskanie zaufania do usług publicznych jest niezwykle istotną kwestią i z tym zdecydowanie się zgodzę, jednak jako hasło jest puste. Nie potrzebujemy „lepszych usług publicznych”. Potrzebujemy autobusu z Sanoka do Przemyśla częściej niż raz na trzy dni, żeby Iwona mogła odwiedzić mamę. Potrzebujemy dobrze opłacanej i nieprzeciążonej obowiązkami nauczycielki angielskiego dla małej Kasi z klasy IIIb ze szkoły podstawowej w Krośnie. Potrzebujemy neurologa, który będzie miał termin w przyszłym tygodniu, żeby zdiagnozować uporczywe bóle głowy Adama z Jarosławia. Potrzebujemy reform gospodarczych po to, żeby móc zrealizować powyższe postulaty. Nie po to, żeby były celem samym w sobie – a to jeden z moich głównych zarzutów do komunikacji lewicy. Dużo mówimy o tym, jakie rozwiązania gospodarcze wprowadzimy, jakie będą podatki i kto ile powinien zapłacić, a mało o tym, dlaczego podejmiemy takie decyzje. Tu widzę rozwiązanie: mówmy najpierw o tym, co chcemy zrobić, jak ułatwić życie Iwonie, Kasi i Adamowi a dopiero później o szczegółach technicznych. Patriotyzm bywa trudnym pojęciem dla lewicowej części społeczeństwa, bo został niemal całkowicie zawłaszczony przez środowiska konserwatywno-nacjonalistyczne. Brak bohaterów na lewicy nie jest jednak prawdą – nawet w kontekście żołnierzy wyklętych, lewica mówi o tym, że błędem jest wrzucanie do jednego worka autentycznych bohaterów, takich jak Pilecki i zbrodniarzy pokroju Łupaszki. Mamy też swoje bohaterki i bohaterów, o których przypominamy przy różnych okazjach. Miłość do Polski ma różne barwy i odcienie – osobiście wierzę, że gdybyśmy chociaż trochę jej nie kochali, to rzucilibyśmy już dawno aktywizm i politykę, a jednak w nim tkwimy, często wbrew zdrowemu rozsądkowi. Czy ludzie mogą się czuć zagrożeni przez migrację? Mogą czuć wszystko i nikt nie ma takiej mocy, żeby im zabronić. Zamiast jednak przystać na propozycję Krystiana i uznać, że w porządku, szanujemy ich lęk i kończymy temat, trzeba się nad tymi emocjami zastanowić. Czy ktoś boi się o pogorszenie na rynku pracy? Możemy wzmocnić inspekcję pracy, zlikwidować umowy śmieciowe, wspierać tworzenie związków zawodowych. Czy ktoś boi się o sytuację mieszkaniową? Możemy skończyć z patodeweloperką, budować mieszkania na wynajem, ułatwić kupienie pierwszego mieszkania (i utrudnić nabywanie pięćdziesiątego). Czy ktoś boi się osób o innym kolorze skóry, innym pochodzeniu etnicznym, mówiących innym językiem? Możemy edukować i tłumaczyć, ale nie powinniśmy szanować rasistowskich uprzedzeń.Musimy uszanować, że nie każdy jest w stanie prowadzić superekologiczny tryb życia i zauważyć, że to bywa drogie. Co więcej, jestem przekonana, że nikt z nas nie podejmuje wyłącznie dobrych dla planety decyzji. Polityka klimatyczna jednak na tym nie polega – zmiany muszą zajść na poziomie międzynarodowym i uregulować przede wszystkim praktyki wielkich korporacji, zamiast rozliczać Kacpra z bloku obok, że wziął dzisiaj kąpiel, a nie prysznic. Nie oznacza to, że zmiany nie będą wymagały wyrzeczeń – będą, ale państwo powinno zadbać o to, żeby dla Kacpra nie oznaczały one radykalnego pogorszenia poziomu życia. „Wojna kulturowa” jest terminem, który spodziewałabym się znaleźć w konserwatywnym tygodniku. Osoby LGBT+ są również ludźmi, którym należy się szacunek, a nie elementem jakiejś podstępnej agendy. Potrzebujemy edukacji i pokazywania, że to nie żadna straszna ideologia i potwór gender, tylko uśmiechająca się kasjerka supermarketu Maria, która po pracy wróci do domu, który tworzy razem ze swoją partnerką Agatą i siedmioletnią córką Zosią. Maria jest z Agatą od pięciu lat i bardzo chciałaby wziąć ślub i adoptować Zosię, bo bardzo ją kocha. To nie jest wojna kulturowa, tylko realny dramat prawdziwej rodziny, bo Agata może mieć jutro wypadek samochodowy i Maria, zgodnie z polskim prawem obca osoba, nie będzie mogła dowiedzieć się, co się z nią dzieje. Jeśli Agata umrze, to Zosia zostanie odebrana Marii, bo jej mama nie jest na papierze jej mamą. Prawo do podjęcia decyzji o tym, czy kontynuować ciążę jest prawem człowieka. Aborcja może nie być dla kogoś okej, nikt nie ma obowiązku wyrażania aprobaty dla wyborów innych ludzi. Dla lewicowych polityczek i polityków priorytetem powinno być umożliwienie każdej osobie, która jest w Polsce w ciąży, żeby sama zdecydowała, czy chce zostać matką. Aborcja może być dla niej dramatem, może być trudną decyzją, a może być okej, być ulgą i wspaniałym doświadczeniem. Niechciana ciąża (a czasem również ta chciana!) i potrzeba jej przerwania również nie jest wojną kulturową, tylko codziennym dramatem wielu Polek. Walka o ich prawa jest najwyższą formą szacunku wobec wyborczyń. Czy aborcja powinna być rzadka? Powinna być dostępna, po prostu. Inne postulaty lewicowe, takie jak powszechna edukacja seksualna czy dobry dostęp do refundowanej antykoncepcji, sprawią, że będzie rzadsza, ale to mniej niechcianych ciąży, a nie mniej aborcji powinno być celem.Gdyby recepta na lewicowy sukces wyborczy była prosta i dała się zawrzeć w jednym tekście, pewnie dawno byśmy go odnieśli, więc daleko mi do jednoznacznego podsumowania. Wierzę jednak, że tym czego lewica potrzebuje, są konkretne postulaty dla konkretnych ludzi i bycie blisko ich problemów. Drugim istotnym składnikiem jest szacunek, ale nie szacunek dla wybranych, a dla wszystkich – niezależnie od stanu portfela, orientacji psychoseksualnej i koloru skóry. Szacunek dla ludzi, ale nie dla rasizmu, homofobii i transfobii.

Autorka: Wiktoria Aleksandra Barańska

SZACUNEK,CZYLI CO WYNIKA Z ZWYCIĘSTWA SOCJALDEMOKRATÓW W NIEMCZECH

*Tekst prezentuje poglądy i przemyślenia autora i nie jest oficjalnym stanowiskiem Stowarzyszenia Spójnik. Jednocześnie zapraszamy do przesyłania tekstów prezentujących szeroki wachlarz lewicowych nurtów i opinii.

Jest mniej radykalny. Z pewnością jest mniej ekscentryczny. Ale 8 miesięcy temu to hasło “RESPEKT FÜR DICH, KOMPETENZ FÜR DEUTSCHLAND” zjednoczyło większość wyborców pod sztandarem Socjaldemokratów. Pierwszy raz od 16 lat i dał możliwość utworzenia rządu socjaldemokratom – rządu na którego czele stanął Olaf Scholz.

Hasło, które możemy przetłumaczyć jako „Szacunek dla ciebie”, było to sygnałem, że postępowi politycy są po stronie prostych ludzi – ludzi o bardzo różnych pochodzeniu, różnych pomysłach na życie i różnych aspiracjach na przyszłość. Było ono strzałem w dziesiątkę dla podzielonego elektoratu, który przecież notorycznie karał przy urnie wyborczej pozbawionych kontaktu z ludźmi i wywyższających się, radykalnych postępowców. W Polsce te lekcje od lat przerabia Lewica pod różnymi postaciami.

Wyzwaniem dla polskiej Lewicy jest zdobycie tych „bardzo różnych” ludzi pod jednym, jednoczącym sztandarem. Olaf Scholz pokazał, że można to osiągnąć poprzez szacunek dla pozycji ludzi, w połączeniu z perswazją i przywództwem.

Szacunek stanowi alternatywę dla przegrywających w wyborach dyskursów politycznych lewicy w ostatnich latach. Paternalizm wyborczy polegający na tym, że politycy lewicy mają wyobrażenie o tym, co działa i czego chcą ludzie lepsze niż oni sami. Oraz populizm, który tworzy linie podziału i gra na zasadzie „my kontra oni”, przez co przegrywa przy konserwatywnej większości społeczeństwa, a Lewicę sprowadza do co najwyżej toksycznej, małej sekty, która zamiast wziąć odpowiedzialność za los ludzi w obecnym systemie, skupia się na bujaniu w obłokach z odrealnionymi pomysłami i konfliktach w swoim obozie.

Lewica w Polsce od 2001 straciła 3 mln wyborców i nie jest w tym odosobniona na świecie. Kryzys przeżywała SPD, Brytyjska Partia Pracy i nadal przeżywa Francuska Partia Socjalistyczna – tylko, że to nie jest żadne usprawiedliwienie! Jeśli weźmiemy trend sondażowy od ostatnich wyborów, to wychodzi, że w 3 lata Lewica straciła jedną czwartą swoich wyborców! Nie widać korekty kursu, ani wewnętrznej dyscypliny przekazu, tylko popadnięcie w niezdrowe samozadowolenie i utwardzanie kursu dobrego dla przeciętnego, młodego, postępowego lewicowca z dużego miasta, ale nie dla prostego człowieka.

Dlatego jeśli chodzi o:

Gospodarkę – musimy uszanować to, że politycy są sługami podatników i powinniśmy skupić się na odzyskaniu zaufania do zarządzania finansami publicznymi. Ale nie powinniśmy bać się odważnych pomysłów reform gospodarczych, które unowocześniają funkcjonowanie naszej gospodarki.

Patriotyzm – musimy szanować dumę ludzi z historii Polski i osiągnięć na przestrzeni wieków. Nie popadać w niezdrowe negowanie każdego bohatera.

Imigrację – musimy uszanować to, że ludzie mogą czuć się zagrożeni przez migrację i głosowali na PiS, aby to kontrolować. Musimy odejść od szkodliwej retoryki, w której uznaje się, że każdy, kto ma wątpliwości dotyczące masowej imigracji, jest rasistą.

Klimat – musimy uszanować, że nie każdy może mieć skłonność lub środki, aby zapłacić cenę za zmiany klimatu.

Wojny Kulturowe – musimy uszanować, że wiele osób obawia się radykalnej agendy na temat LGBT i aborcji. Nie dla każdego “aborcja jest ok” i nie każdy przyjmuje pozytywnie hasło “na żądanie”. Dlatego powinniśmy przywołać hasło Billa Clintona: “aborcja powinna być bezpieczna, legalna i rzadka”, nie stojące przecież w sprzeczności z progresywnym prawem aborcyjnym, w którym kobiety nie będą skazane na cierpienie.

To odejście od maksymalizmu moralnego Lewicy. Dla wielu młodych i radykalnych członków oraz aktywistów czytanie tego może być trudne. Ale aby wygrać i zmieniać życie ludzi, potrzebny jest nam odnowiony szacunek dla wyborców, narracja kompetencji i trochę optymizmu. Tylko wtedy, gdy odpowiadamy na realne potrzeby ludzi, a mniej skupiamy się na wymyślnych tezach, możemy liczyć na jakikolwiek progres w naszej pracy.

Inaczej możemy tylko zgodzić się ze słowami Roya Hattersleya: “ludzie pracy będą cierpieć, jak Lewica będzie przegrywać. A jak przegrywa przez ideologicznie zacietrzewienie, to ich cierpienie nie jest na sumieniu przeciwnika.”

Autor: Krystian Głuch