Autor: mszost

Sojusz Robotniczo-Burżuazyjny

Liberał – kapitalista, wyzyskiwacz, żerujący na pracy zwykłych ludzi, dbający tylko o pieniądze egoista. Socjalistka – leniwa, roszczeniowa, kradnąca owoce pracy innych, narzucająca swoje poglądy i pozbawiająca ludzi wolności poprzez odgórne regulowanie każdego aspektu życia. Konflikt między liberałami a socjalistami jest oczywisty, są naturalnymi wrogami, pogodzenie ich poglądów jest niemożliwe.

Czyżby?

Co, jeśli ten konflikt jest złudny i wynika jedynie z zafałszowań oraz powtarzania prymitywnych stereotypów o sobie nawzajem, a tak naprawdę liberałowie i socjaliści mają znacznie więcej wspólnego, niż to się na pozór wydaje? W tym tekście postaram się właśnie w sposób pozbawiony uprzedzeń przedstawić podobieństwa i różnice między tymi dwiema ideologiami.

Liberalizm jest wytworem epoki Oświecenia, ideą, której fundamentem są wolność i prawa jednostki (indywidualizm), równość ludzi wobec siebie (egalitaryzm i tolerancja), demokracja oraz oparty na nauce postęp ludzkości. Powstała ona w opozycji do dominujących wówczas państw feudalnych, opartych na dziedzicznych rządach uprzywilejowanych elit (króla i arystokracji, w sojuszu z kościołem), autorytarnie ustanawiających i egzekwujących prawo. Były to państwa ideowo konserwatywne – podkreślające hierarchię oraz „naturalne” nierówności między ludźmi, kładące nacisk na zachowanie „odwiecznego” porządku poprzez respektowanie „boskich”, a więc nienaruszalnych praw, norm i wartości. Liberalizm był więc ideą wywrotową, rewolucyjną, skierowaną przeciw państwu– w jego ówczesnej formie, i przeciw jego reprezentantom. Pod względem ekonomicznym liberalizm opowiadał się za zniesieniem istniejących ograniczeń, narzuconych przez instytucje feudalne, na rzecz prywatnej inicjatywy i wolności gospodarczej. Tym samym stał się on ideologią szczególnie klas średnich (burżuazji), a jej zwycięstwo współgrało z powstaniem i rozwojem gospodarek kapitalistycznych. Liberałowie zakładali, że jednostki uwolnione od ograniczeń narzucanych przez autorytarne państwo, będą mogły swobodnie się rozwijać, wykorzystywać swe talenty i nadarzające się szanse, by powiększać swój dobrobyt, co w konsekwencji przełoży się na progres całych społeczeństw.

Wiek XIX był zwycięskim pochodem liberalizmu i kapitalizmu. Pierwsza ruch polityczny, odwołujący się do tej ideologii, hiszpańscy liberales, skierowany przeciw monarchii absolutnej oraz dominacji kleru katolickiego, powstał na początku wieku i doprowadził do uchwalenia bardzo postępowej konstytucji w 1812 r. Choć później często te prawa były cofane i zwalczane przez rządy monarchistów, to jednak siła ruchów liberalnych narastała. Z czasem ogłaszane były kolejne konstytucje, znoszące przywileje szlachty oraz ograniczające władzę monarchów na rzecz wybieranych parlamentów i rządów. Leseferyzm gospodarczy zaś przyczynił się do rozkwitu przemysłu i handlu. Miało to jednak również swoją ciemniejszą stronę – pojawiła się szybko rosnąca rzesza żyjących w nędzy robotników przemysłowych. Także sam rozwój gospodarczy nie był nieustającym pasmem sukcesów, lecz doświadczał on kolejnych, bolesnych kryzysów. W odpowiedzi na ten problem pojawił się socjalizm i komunizm, których najdojrzalszym teoretykiem był Karol Marks.

Marks współcześnie przez prawicę ukazywany jest w sposób prostacki i groteskowy – jak jakiś Czarny Charakter z komiksowego uniwersum, szalony naukowiec dążący do zniszczenia świata czy zniewolenia ludzkości, któremu przeciwstawiają się Siły Dobra (reprezentowane oczywiście przez superherosów prawicy). Tymczasem Marks był, krytycznym wprawdzie, ale kontynuatorem myśli liberalnej i od angielskich liberałów, jak m.in. David Ricardo, zaczerpnął swój aparat analityczny. Nie był przeciwnikiem kapitalizmu, podziwiał jego potężne zdolności do kreowania rozwoju gospodarczego i uważał go za niezbędny etap na drodze postępu społeczeństwa. Brał jednak pod uwagę także jego wady – podatność na kryzysy i powszechną wśród klasy robotniczej nędzę, biorącą się z wyzyskiwania jej przez kapitalistów, co wg niego ostatecznie doprowadzi do rewolucji i upadku kapitalizmu. Jego miejsce zajmie socjalizm (gdzie wszystkie środki produkcji staną się własnością wspólną), a fazą końcową ma być nastanie komunizmu (w którym wszelka własność oraz władza państwa zostaną zniesione). Celem ostatecznym dla Marksa jest więc uwolnienie ludzi od nędzy i zniewolenia, jakie realnie narzuca im kapitalistyczna organizacja produkcji (i wynikający z niej podział pracy).

„Odkąd podział pracy został ustanowiony, każdy człowiek ma szczególną, wyłączną sferę aktywności, która jest mu narzucona i od której nie może uciec. Jest myśliwym, rybakiem, pasterzem, krytykiem, i musi takim pozostać, jeśli nie chce utracić środków do życia; podczas gdy w społeczeństwie komunistycznym, gdzie nikt nie ma wyłącznej sfery aktywności, lecz każdy może się spełniać we wszelkich dziedzinach, jakich sobie życzy, społeczeństwo reguluje ogólną produkcję, tym samym czyniąc dla mnie możliwym robienie jednej rzeczy dziś, a innej jutro, polowanie z rana, łowienie ryb w południe, hodowla bydła wieczorem, krytykowanie po obiedzie, tak jak mam na to ochotę, nigdy nie stając się myśliwym, rybakiem, pasterzem ani krytykiem.”

Karol Marks, Niemiecka Ideologia

Narastające problemy zostały też zauważone przez część liberałów, którzy uznali dotychczasowe postulaty liberalizmu za niewystarczające.Tzw. nowi liberałowie (wśród nich m.in. Dickens, Lloyd George, Keynes, a nawet Mill), zwani również socjalliberałami (socialliberal), rozwiązanie widzieli w odrzuceniu doktryny leseferyzmu i bardziej aktywnej postawie państwa wobec kwestii ubóstwa.

„Dawniej nie widziałem dużo większej, jak i stara szkoła ekonomistów politycznych, możliwości fundamentalnej poprawy stosunków społecznych. Własność prywatna, tak jak teraz jest rozumiana, oraz dziedziczenie, były dla mnie ostatecznymi kwestiami do uregulowania: i widziałem jedynie możliwość ograniczania nierówności wynikających z tych rozwiązań instytucjonalnych, poprzez odrzucenie primogenitury oraz ordynacji. Myśl, że można było pójść dalej, niż tylko to, by usunąć niesprawiedliwość – bo jest to niesprawiedliwość, niezależnie od tego, czy możemy ją usunąć całkowicie lub nie – wynikającą z faktu, że niektórzy rodzą się bogaci, a zdecydowana większość biedna, uważałem wówczas z chimeryczną, i miałem tylko nadzieję, że powszechna edukacja doprowadzi do dobrowolnego ograniczenia populacji, a poziom biedy może uda się wtedy uczynić bardziej znośnym. W skrócie, byłem demokratą, ale niemniej Socjalistą. Jestem teraz znacznie mniej demokratą, niż byłem, ponieważ jak długo edukacja pozostaje tak żałośnie niedoskonała, obawiam się ignorancji oraz szczególnie samolubstwa i brutalności mas: ale mój ideał ostatecznego postępu przekracza dalece Demokrację i zdecydowanie mogę zostać zaklasyfikowany pod ogólną kategorią Socjalisty. Podczas gdy odrzucam z całą stanowczością tyranię społeczeństwa nad jednostką, którą większość systemów Socjalistycznych przypuszczalnie zakłada, to jednak nie mogę się doczekać czasów, kiedy społeczeństwo nie będzie już dłużej dzielone na leniwych i przedsiębiorczych; kiedy zasada „kto nie pracuje, ten nie je”, będzie dotyczyć nie tylko nędzarzy, ale bezwarunkowo wszystkich; kiedy podział wytworów pracy zamiast zależeć od tego, jak to teraz w znacznym stopniu ma miejsce, od przypadkowego urodzenia, będzie zgodny z uznaną zasadą sprawiedliwości; oraz kiedy nie będzie już ani niemożliwe, ani nie będzie uważane za niemożliwe, aby ludzie usilnie starali się zdobywać korzyści, które nie będą wyłącznie ich własnością, ale będą dzielone ze społeczeństwem, do którego należą.”

John Stuart Mill, Autobiografia

Z drugiej strony przewidywany przez Marksa ostateczny upadek kapitalizmu i wynikająca z tego rewolucja nadal nie mogły się ziścić. Doprowadziło to na tym tle do podziału ruchu socjalistycznego na z grubsza dwa odłamy – na socjaldemokratów, którzy uznali, że droga do poprawy losu klasy robotniczej wiedzie poprzez udział w demokratycznych wyborach, sprawowanie władzy i stopniowe wdrażanie reform; oraz na radykalnych komunistów, którzy będąc wierni idei ostatecznej rewolucji, nie widzieli sensu w braniu udziału w naprawie i przedłużaniu trwania systemu, jaki chcieli obalić.

Seria wojen, kryzysów i rewolucji w pierwszej połowie XX wieku całkowicie zmieniła polityczny pejzaż świata. Komunistom udało się zdobyć władzę w Rosji, gdzie zaczęli wdrażać swoją wersję socjalizmu, zgodnie z obawami Milla, opartej na dyktaturze, a nie na demokracji. Wielki Kryzys lat 30-tych obnażył niezdolność rządów klasycznych liberałów do radzenia sobie z takimi sytuacjami, dając tym pożywkę ruchom radykalnym. W tej sytuacji, przerażeni rosnącymi w siłę socjalistami i komunistami, niemiecka prawica oddała władzę faszystom, w konsekwencji doprowadzając do światowej katastrofy.

„Wszyscy jesteśmy teraz keynesistami.”

Milton Friedman, 1965

Mierząc się ze skutkami kryzysów lat 30 i 40-tych, by uniknąć powtórzenia się ich w przyszłości, oraz by stawić czoło wyzwaniu, jakim była potęga ZSRR, kolejne państwa demokratyczne adaptowały politykę interwencjonizmu (począwszy od polityki New Deal w USA czy rządów socjaldemokratów w państwach skandynawskich), co ostatecznie doprowadziło do upowszechnienia się modelu państwa dobrobytu (welfare state) oraz ekonomii keynesowskiej w krajach zachodnich. Była to polityka powszechnie akceptowana przez większość sił politycznych – dzięki połączeniu aktywnej polityki państwa i szerokich reform socjalnych z zasadami liberalnej demokracji, udało się zapewnić bardzo szybki rozwój gospodarczy i społeczny, a tym samym uniknąć przejęcia władzy przez ruchy radykalne. Powojenny okres do końca lat 60-tych nazywany jest „złotym wiekiem kapitalizmu”, co zakrawa na pewną ironię, gdyż osiągnięto to dzięki polityce postulowanej często przez ruchy i ludzi uważających się za (demokratycznych) socjalistów.

Kryzysy lat 70-tych zachwiały dominującą pozycją keynesizmu. Dotychczasowa polityka nie była w stanie poradzić sobie z tą sytuacją, co doprowadziło do powrotu popularności idei klasycznego liberalizmu. Tym razem jednak ideologię liberalną podjęli neokonserwatyści, na czele z Ronaldem Reaganem i Margaret Thatcher, tworząc hybrydę znaną jako neoliberalizm. Z czasem ideologia ta trafiła też na podatny grunt w krajach socjalistycznych, gdzie kryzys również podważył zasadność dotychczasowych rozwiązań. Idee neoliberalne przyjęły się też w wśród partii lewicowych pod hasłem Trzeciej Drogi, reprezentowanej głównie przez Billa Clintona oraz Tony’ego Blaira (w Polsce przez Leszka Millera).

Czym jest neoliberalizm? Jest to skrajnie radykalna wersja leseferyzmu gospodarczego połączona z ideologią konserwatywną. Wychodzi z założenia, że każdy człowiek jest absolutnie racjonalny i nieomylny w swych działaniach i podejmowanych wyborach. Idealnym narzędziem nawiązywania relacji między doskonale racjonalnymi jednostkami jest oddolnie kreowany, samoistnie działający wolny rynek. Mechanizm wolnorynkowy skupiający idealne jednostki jest tak perfekcyjny, że jego działanie powinno być zaimplementowane nie tylko w dziedzinie gospodarki, ale w każdej dziedzinie życia (np. kultura sprowadzona zostaje do przynoszącej zyski masowej rozrywki; małżeństwo stanowi rodzaj kontraktu między dwoma osobami, w którym dziecko staje się inwestycją), gdzie pieniądz stanowi podstawowy miernik racjonalności. Obiektywność rynku i pieniądza, niezależna od poglądów ideologicznych, powoduje, że zasady polityki i ekonomii neoliberalnej zostały uznane za technokratyczne, niepodważalne dogmaty, nawet nie na poziomie nauk społecznych, ale wręcz nauk ścisłych, jak fizyka.

„Zarówno naruszanie prawa grawitacji (np. skok z wieży), jak i praw ekonomii (w tym arytmetyki), smutno się kończy. Z tym, że w pierwszym przypadku płaci delikwent, a w drugim społeczeństwo, które dało się ogłupić politycznym cwaniakom.”

Leszek Balcerowicz

Jeśli dokonane wybory i ich rzeczywiste efekty jednak odbiegają od idealnych, to wynika to z działania sił zewnętrznych w stosunku do wolnego rynku i racjonalnej jednostki, czyli z narzucanych ograniczeń i regulacji kolektywnych, głównie ze strony państwa. Tym samym, by zapewnić jak najlepsze funkcjonowanie wolnego rynku, wszelkie regulacje powinny być zniesione, zakres działania państwa zminimalizowany, własność publiczna – jako z założenia nieefektywna – sprywatyzowana, a marnotrawienie środków indywidualnych poprzez zbieranie podatków jak najmniejsze.

Jako że wolna jednostka osiąga najlepsze efekty działając bez zewnętrznej interwencji, tym samym jest też całkowicie odpowiedzialna za swój los. Dobrobyt człowieka zależy więc tylko i wyłącznie od niego samego – jego decyzji i włożonego wysiłku. Z tego też wynikają naturalne różnice między ludźmi (którzy wprawdzie są równi wobec prawa, ale nie są równi pod względem talentów i charakteru) – niektórzy są ciężko pracującymi geniuszami, a niektórzy są zwyczajnie leniwi. Tych ostatnich, chcących żyć na koszt ludzi zaradnych, należy więc zmuszać do pracy, eliminując zasiłki socjalne, jak i progresywne opodatkowanie. A tym pierwszym nie należy przeszkadzać, gdyż to dzięki nim cała gospodarka się rozwija i tworzą miejsca pracy.

Neoliberalizm, pod pozorem powrotu do klasycznych idei liberalnych, w rzeczywistości jest jednak postawieniem ich na głowie i wprowadzeniem tylnymi drzwiami starej ideologii konserwatywnej. W odróżnieniu od liberalizmu, centralnym punktem neoliberalizmu nie jest człowiek jako jednostka, lecz jedynie jednostka wybitna. Człowiek nie jest wartością sam w sobie, jest warty o tyle, o ile pracuje, a miarą jego wartości jest ilość pieniądza uzyskana z tej pracy. Jednostki nie są więc sobie równe, lecz tworzy się „naturalna” hierarchia – u góry znajdują się jednostki wybitne (arystokracja pieniądza, bogaci celebryci), na dole zwykły lud, którego rolą jest ciężka praca (i jak w przypadku „leniwych” chłopów pańszczyźnianych, trzeba ich do tej pracy zmuszać, a roszczeniowość i złodziejstwo tępić). Wszelkie próby zmiany tej hierarchii, to godzenie w doskonały (doskonały, czyli boski) porządek. A jest on doskonały, gdyż opiera się na niepodważalnych dogmatach naukowych, ustanowionych przez współczesnych kapłanów – neoliberalnych ekonomistów. W teorii możliwy jest awans z niższych warstw społecznych poprzez ciężką pracę i talent, ale jest to zjawisko wyjątkowo rzadkie. W rzeczywistości pozycja społeczna jest przede wszystkim dziedziczona – i dziedziczenie majątku, niskie podatki, słabość instytucji i brak interwencjonizmu państwa jest tym, czego współcześnie arystokraci najżarliwiej bronią, pod pozorem obrony wolności jednostki chroniąc w rzeczywistości swoje przywileje.

Argumenty pierwszych liberałów, skierowane przeciw państwu autorytarnemu i konserwatywnemu, w imię budowy państwa demokratycznego, neokonserwatyści wyjęli z historycznego kontekstu i obrócili przeciw państwu w ogóle, osłabiając tym samym najważniejszą instytucję demokratyczną. Liberalizm w neoliberalizmie stał się tylko fasadową nazwą i mają one ze sobą tyle wspólnego, co narodowy socjalizm z socjalizmem. Sami zaś klasyczni myśliciele liberalizmu, na których neoliberałowie (wybiórczo) często się powołują, zapewne byliby pierwszymi, którzy by przeciwko nim wystąpili.

„Interes przedsiębiorców (…) jest zawsze pod pewnym względem różny od interesu publicznego, a nawet mu przeciwny (…). Propozycja jakiegoś nowego prawa czy przepisu regulującego handel, która pochodzi od tej klasy, powinna się zawsze spotkać z największą ostrożnością i nie powinna być nigdy przyjęta, zanim nie zostanie wszechstronnie i dokładnie zbadana, nie tylko z największą skrupulatnością, lecz z najbardziej podejrzliwą uwagą. Pochodzi bowiem od klasy, której interes nie jest dokładnie taki sam jak interes publiczny, a która jest zainteresowana tym, by oszukiwać, a nawet ciemiężyć społeczeństwo, i która je w wielu przypadkach oszukiwała, jak i uciskała.”

Adam Smith

Współcześnie liberalizm jest nadal często utożsamiany z neoliberalizmem. Wprawdzie następuje odwrót od tej ideologii, widoczny w krajach zachodnich od czasu kryzysu w 2008 r., który był jej efektem, do Polski jednak ten trend dociera z opóźnieniem. Wynika to ze specyficznych uwarunkowań lokalnych – przyjęcie przez nowe elity w latach 90-tych neoliberalizmu z gorliwością neofitów powoduje, że wszelką jego krytyka jest traktowana jako zamach na ich uprzywilejowaną pozycję oraz podważanie całego mitu założycielskiego III RP. Silna reakcja obronna jest wdrukowana także w samą ideologię neoliberalną, która uprościła i zradykalizowała swój przekaz, wszelkie przejawy aktywności instytucji państwa nazywając komunizmem – co zresztą nadzwyczaj dobrze rezonowało w III RP, powstającej w opozycji do Polski Ludowej. Do jednego wora wrzucono więc zarówno lewicę demokratyczną, socjalliberałów, jak i lewicę totalitarną znaną z dawnego bloku radzieckiego, nie troszcząc się w ogóle w jakiekolwiek zrozumienie różnic między nimi. Najczęstszym objawem tego prymitywnego zabiegu jest nazywanie wszystkiego, co nie jest zgodne z dogmatem neoliberalnym, „PRL-em”, i do tego zazwyczaj sprowadza się wszelka próba dyskusji z polskimi neoliberałami. Druga strona nie pozostaje więc dłużna, nazywając swych oponentów pogardliwie „libkami” – czasami też stosując uproszczenia, wrzucając z kolei do jednego „libkowego” worka z neoliberałami i libertarianami, także liberałów czy socjalliberałów.

Czy jeśli jednak odrzucimy skrajne postawy i stereotypy, to czy porozumienie między liberałami a socjalistami czy socjaldemokratami jest możliwe? Punktem wyjścia dla liberałów jest dążenie i zachowanie maksymalnie możliwej wolności osobistej, dla socjalistów – dążenie do maksymalnie możliwej równości między ludźmi. Czy wolność musi być sprzeczna z równością? Niekoniecznie, a co więcej, te dwie wartości są ze sobą wręcz komplementarne.

Wg liberałów ludzie wolni w największym stopniu są w stanie realizować swój potencjał, korzystać ze swej inteligencji, wiedzy, umiejętności, wybierać taką pracę czy aktywność, który przynosi im największą satysfakcję. Dzięki takiej powszechnej wolności korzysta na tym całe społeczeństwo, gdyż wszystkie talenty mogą być w pełni wykorzystane. W tym celu jednak wolni powinni być możliwie wszyscy ludzie, a zakres tej wolności przynależny każdemu powinien być taki sam. Jeśli byłby on różny, wówczas ludzie o określonych kompetencjach, ale znajdujący się w gorszej sytuacji, nie mogliby ich wykorzystywać, co byłoby ze szkodą dla całego społeczeństwa. Dlatego wszyscy ludzie powinni być równi wobec prawa (co jest klasycznym postulatem liberalnym), ale jest to dopiero początek. Ile bowiem jest warta teoretyczna równość, gwarantowana przez liberalne prawo, jeśli z tego prawa realnie część ludzi nie jest w stanie korzystać? Czy dwie osoby, o identycznych umiejętnościach, mających takie same dążenia, mających w teorii równe prawo dostępu do edukacji czy pracy, są rzeczywiście sobie równe, jeśli jednej z nich nie stać na opłacenie uczelni czy akademika, bądź nie jest w stanie dojechać do miejsca pracy? Czy dzieci z rodzin mniej zasobnych, z odległych miejscowości, gdzie nie ma rozwiniętej infrastruktury publicznej, mają równe szanse, co dzieci z rodzin zamożnych, z dużych miejscowości, których rodziców stać na sfinansowanie wielu dodatkowych zajęć i rozwijanie zainteresowań? Czy równi są też przedsiębiorcy, z których jeden ma możliwość zatrudnić specjalistów od unikania płacenia podatków, a drugi nie?

Pogodzenie się z sytuacją, gdy w sposób „naturalny” ludzie rodzą się nierówni (niektórzy bogaci, niektórzy biedni, niektórzy w mieście, niektórzy na wsi itd.), powoduje jedynie, że przy obowiązujących wszystkich takich samych zasadach, część ludzi od razu znajduje się w uprzywilejowanej pozycji, z której łatwiej im jeszcze te korzyści akumulować i jeszcze bardziej zyskiwać przewagę nad pozostałymi, mniej szczęśliwymi osobami. W konsekwencji pozostawiona sama sobie liberalna równość zasad, bez troski o socjalistyczną równość szans, prowadzi do tworzenia się społeczeństwa zdominowanego przez wąską oligarchię, która chętnie ten stan rzeczy zakonserwuje jako „naturalny porządek świata”.

Oczywiście, nie jest możliwe osiągnięcie maksymalnej równości ani nie należy dążyć do równości rozumianej w sposób taki, że „wszyscy dostają dokładnie to samo”, niezależnie od włożonego wysiłku. Jednakże dążenie do wyrównywania szans, niwelowanie różnic na tyle, na ile jest to możliwe, jest też jednocześnie działaniem dającym ludziom większą wolność wyboru swojej ścieżki życiowej oraz minimalizowaniem marnotrawstwa potencjału ludzi, którzy bez zewnętrznego wsparcia zostaliby zmuszeni do wykonywania prac poniżej ich realnych możliwości. W konsekwencji – przyczynia się to również do dobrobytu całego społeczeństwa.

W praktyce oznacza to, że z liberalnego punktu widzenia postulaty socjaldemokratyczne – powszechnego dostępu do publicznej edukacji, służby zdrowia, ochrony prawnej, transportu zbiorowego, progresji podatkowej (szczególnie, jeśli chodzi o różnice między opodatkowaniem korporacji a opodatkowaniem zwykłych ludzi) czy podatki od spadków – są jak najbardziej korzystne.

Nie są to jedyne cechy wspólne liberalizmu i demokratycznego socjalizmu. Obie ideologie podkreślają znaczenie nauki, która także ma służyć postępowi ludzkości. O ile skrajne wersje liberalizmu (neoliberalizm) i socjalizmu (marksizm w stylu radzieckim) zmutowały w stronę para-religii, gdzie założone dogmaty o perfekcyjnym mechanizmie rynkowym bądź materializmie dialektycznym były niepodważalne i tym gorzej dla faktów, jeśli ich nie potwierdzały, o tyle bardziej umiarkowane odłamy akcentują znaczenie formułowania konkretnych postulatów i polityk w oparciu o dowody (evidence based policy). Także tolerancja wobec odmienności ludzi wynikających z cech wrodzonych czy też przyjętego stylu życia, jest wspólna dla socjalistów i liberałów.

Być może jedyną, znaczącą współcześnie różnicą między tymi ideologiami, jest wizja przyszłości. O ile liberałowie nie formułują wizji konkretnej, docelowej formy organizacji społeczeństwa (co nie oznacza, że nie widzą potrzeby jego organizowania), o tyle socjaliści zakładają np. uspołecznienie środków produkcji i likwidację własności prywatnej. Dla liberała jest to tylko jedna z możliwości i to o tyle, o ile będzie ona osiągnięta w ramach powszechnego konsensusu. We współczesnych warunkach jest to jednak kwestia dość teoretyczna i może stanowić raczej temat do ciekawych dyskusji akademickich.

Co właściwie więc stoi na przeszkodzie do porozumienia między socjalistami a liberałami? Jak to zazwyczaj właśnie bywa z dwoma obcymi „plemionami” – lęk, niepewność, uprzedzenia, stereotypy. Tymczasem te „plemiona” są tak naprawdę odłamem tej samej wspólnoty ludzi, którzy chcą zarówno żyć godnie, jak i być wolnymi. A jeśli już potrzeba im przeciwnika, to są nimi występujący pod różnymi postaciami konserwatyści, którzy tę godność i wolność rezerwują tylko dla siebie i sobie podobnych.

Autor: Marcin Szost

In Vitro w Rzeszowie

Ekipa Spójnika – Patrycja Pawlak – Kamińska oraz Michał Sztuk – ponownie stają do walki o wprowadzenie in vitro w Rzeszowie.

Katastrofa na Odrze

Pod koniec marca tego roku w Kanale Gliwickim pojawiły się martwe ryby. Pod koniec lipca ogromne ilości nieżywych ryb (potem także martwe bobry i ptaki) zaczęto znajdować w okolicach Oławy, a potem coraz bliżej ujścia Odry.

Jest 13 sierpnia. Nie wiemy, czy wydarzenia z marca i z przełomu lipca i sierpnia są ze sobą powiązane. Nie wiemy, jaka substancja zabija zwierzęta i szkodzi ludziom (osoby, które zbierały śnięte ryby, informowały o podrażnieniach skóry), skąd się wzięła, kto odpowiada za to, że znalazła się w Odrze, jakie środki ostrożności i jakie leczenie stosować w przypadku kontaktu z nią, jak bardzo jest dla nas groźna.

Jak to możliwe, że doszło do katastrofy ekologicznej na tak ogromną skalę? Że przez tyle dni nie zrobiono nic, żeby ustalić, co się dzieje, nie zadbano o bezpieczeństwo ludzi i zwierząt (alerty RCB, ostrzeżenia przed wchodzeniem do wody i jedzeniem ryb, odzież ochronna dla osób sprzątających martwe ryby), nie zajęto się minimalizowaniem szkód?

Pojawiły się komentarze, że państwo nie działa – ale to nieprawda. W przypadku katastrof ekologicznych i eko-przestępstw – zanieczyszczenia wód, pożarów wysypisk śmieci, nielegalnej wycinki chronionych drzew – podejmowane jest mnóstwo działań: pisma między różnymi instytucjami krążą, aż furczy, udzielane są wywiady, pisane są felietony, interpelacje i posty w mediach społecznościowych, organizowane są dziesiątki spotkań. Po czym ludzie się męczą, odbijając się po raz kolejny od muru obrażonych zapewnień urzędników, że ci robią, co mogą i co do nich należy, szum wokół sprawy cichnie, pisma trafiają do stosownych segregatorów.

I właśnie tak doszło do tej ogromnej katastrofy. Doszło do niej, ponieważ bez żadnych konsekwencji dla trucicieli, urzędników i władz wszelkich szczebli, zamieciono wcześniej pod dywan setki, może tysiące, innych, mniejszych katastrof. Samorządowcy pisali do inspektorów środowiska, pracownicy śluzy do straży pożarnej, inspektorzy środowiska do policji, obywatelki do posłów, posłowie do ministrów…. A – zwykle znakomicie wszystkim znany – truciciel bez większych przeszkód nadal „optymalizował koszty” i „maksymalizował zysk” niszcząc środowisko i narażając zdrowie swoich współobywatelek i współobywateli.

Także tym razem państwo zadziałało tak, jak zwykle – wzięło na przeczekanie. Tylko że ze względu na skalę katastrofy, po dwóch tygodniach stało się jasne, że ten numer nie przejdzie. W takich przypadkach, państwo sięga po kolejne narzędzie: typuje winnych i ostentacyjnie ich karze. Przy czym jeśli są to krewni i znajomi władzy, to w większości przypadków wkrótce po nagłośnionej karze-dymisji, następuje dyskretne powołanie na inne intratne stanowisko.

Jesteśmy właśnie na etapie dymisjonowania kozłów ofiarnych. Nie są to niewiniątka, ale ich wyrzucenie z obecnej pracy nie rozwiązuje problemu. Co by go rozwiązało? To pytanie do polityków i polityczek. Funkcjonowanie państwa to ich działka. Niech nie poprzestają na rytualnym załamywaniu rąk nad państwem PiS, niech przyjdą do nas z opowieścią, jakie państwo i jakimi środkami sami będą budować, jeśli damy im taką możliwość. Niech nam powiedzą, jak unikać w przyszłości takich katastrof i jak na nie reagować. Odpowiedzi: „Wystarczy nie kraść”, „Wystarczy przywrócić praworządność”, czy: „Powołamy komisję śledczą” nie powinny nam wystarczyć.

Autorka: Agnieszka Lutostańska

Marsz Równości w Rzeszowie

10 września będzie miał miejsce kolejny Marsz Równości w Rzeszowie, który uzyskał patronat prezydenta miasta – Konrada Fijołka.

Punkt pomocy w Drawsku Pomorskim

14 lipca otwarty był ostatni raz punkt na ul. Sybiraków 2 w Drawsku Pomorskim, który przysłużył się dla osób w kryzysie uchodźczym z Ukrainy.

W większości udało nam się znaleźć Wam pracę, staże czy inne zajęcie, dlatego Spójnik będzie dalej pomagać, lecz w innych potrzebach. Potrzebach społecznych, integracyjnych i innych, wyjątkowych (obecnie prowadzimy integracyjną półkolonię).

To był wspaniały czas, poznaliśmy wiele wyjątkowych osób. Ogromnie wzruszyło nas Wasze pożegnanie. Nie spodziewaliśmy się, że będziecie wszyscy dziś czekać. Jesteście w naszych sercach.

Bardzo dziękujemy Małgorzacie Pawłowskiej oraz Marii Kazmierowicz za Wasze poświęcenie i wsparcie. Dziewczyny jesteście niesamowite!

Ogromnie dziękujemy także za wsparcie naszych darczyńców, przede wszystkim Ogólnopolski Strajk Kobiet, który zasilił nas w środki umożliwiające płynne prowadzenie naszych działań ✊️

A największe podziękowanie kierujemy organizatorce w i koordynatorce naszego punktu – Agnieszce Mastalerz-Madej.

Pomoc osobom w kryzysie uchodźczym

Od początku rosyjskiej agresji na Ukrainę włączyliśmy się w organizowanie pomocy osobom w kryzysie uchodźczym.

Od początku również, przypominaliśmy, że pomoc humanitarna to maraton a nie sprint.

Kiedy wypalił się pierwszy zryw pomocy, my zostaliśmy i nadal pracujemy i pomagamy. Poniższe zdjęcia pochodzą z naszego stacjonarnego punktu pomocowego Free Wear & More w Rzeszowie, który codziennie odwiedza kilkadziesiąt/sto potrzebujących osób.

Zachęcamy do wsparcia naszej inicjatywy, jeżeli uważacie naszą pracę za ważną i potrzebną.

Dane do wpłat darowizn:

Numer konta:

28 1090 1492 0000 0001 4913 8430

Z dopiskiem: Ukraina

Hadrozaur a sprawa polska

Poszedłem sobie do kina na film o dinozaurach (przepraszam o dinozaurach nieptasich). Nie wiem po co mi to było, bo zmarnowałem parę godzin. Może jestem marudzącym dziadersem i nie łapię nowoczesnej konwencji blockbusterów, które obecnie wyglądają tak samo, z galopującą akcją, pomysłami od czapy, nielogicznymi scenariuszami i bohaterami tak nijakimi i pozbawionymi elementarnej głębi, że po wyjściu z kina wszystko niknie i się rozmywa.

W sumie ten tekst jest z powodu tego, że nudząc się na tym „dziele”, naszła mnie refleksja, że ten obraz jest niczym rządy Prawa i Sprawiedliwości. Bo czyż nie miało być wyraziście i skończywszy z polityką ciepłowodną, w końcu mieliśmy dostać kawał krwistego politycznego beefa. No i wyszło to co wyszło. Mamy zatem zestaw oklepanych grepsów, kalk z poprzednich epizodów, kupę zrzynek z innych tytułów, no i całą masę wariactw, które sprawiają wrażenie, że twórcy dzieła siedli sobie przy stole i przerzucali się pomysłami, spisując je jak leci. Potem fru do scenarzysty, który to ze zręcznością godną Sasina polepił i wyszedł niestrawny glut. Do tego przyozdobiony antynaukowymi bzdurkami i kompletną dezynwolturą odnośnie współczesnych badań nad fauną mezozoiku. Zaiste, nie trzeba się mocno pochylać, by dostrzec podobieństwa między – miejmy nadzieję, ostatnią – częścią Dżurasika i – miejmy nadzieję, ostatnią – kadencją PiSu.

Prawda czasu i prawda ekranu pokrywają się idealnie – i tu, i tu mamy złe siły, które blokują dobre zmiany, mocny wątek rodziny, w formie wzniosło-patetycznej, mający z realizmem tyle wspólnego, co Gowin ze stałością poglądów, na dodatek głupotki i teksty wypowiadane z mądrymi minami przez odtwórców głównych ról, przypominają standuperskie „The Best of Janusz Kowalski”.

Pierwszy garnitur podstarzałych polityków, odkurzonych nieco z pajęczyn zapomnienia, na pewno w roku wyborczym objawi się w pełnej krasie i będą błyszczeć, niczym oka tłuszczu na niedzielnym rosole. W Jurassic World Dominion mamy to samo, wygrzebane z lamusa gwiazdy – Laura Dern, Sam Neill i Jeff Golblum mieli uratować i nie uratowali. Oby się ziściło i w realu.

Z seansu, poza irytacją, pozostały mi w pamięci dwa suchary, obydwa wypowiedziane przez Jeffa Goldbluma. Pierwszy bon mot o psie, który gwałcił jego nogę, aż mu skóra zrogowaciała na łydce, drugi, równie genialny, to „Wisimy nad przepaścią, ale wisimy stabilnie”. No i tak na zakończenie, mam tu takie małe pararele i odwołania do rzeczywistości. Czy nie czujecie się troszkę jak łydka Goldbluma i czy ten drugi tekst nie przypomina wam sytuacji gospodarczo – społecznej w pewnym średniej wielkości państwie w środkowej Europie.

Tak już na sam koniec – hadrozaury dawniej nazywano dinozaurami kaczodziobymi.

I Marsz Równości w Sanoku

I Marsz Równości w Sanoku – перший марш рівності в Сяноку & AFTER PARTY udowodnił, że po lepszą, tolerancyjną Polskę można iść ulicami nawet małych podkarpackich miast/

Wielkie gratulacje dla naszej koleżanki – Wiktorii Aleksandry Barańskiej – za organizację tego niesamowitego święta!

Festyn dla dzieci w Zabrzu

3 czerwca nasze Stowarzyszenie współorganizowało wraz z Nowym Zabrzem oraz Radą Rodziców Festyn dla dzieci w jednym z Zabrzańskich przedszkoli.

Fundusze zebrane podczas imprezy w całości zostaną przekazane na budowę nowej piaskownicy dla najmłodszych.

Podziękowania dla Łysego Brodatego Lewaka, Marcina Grzybowskiego, będącego jak zawsze w swoim żywiole.

Jest takie przysłowie: „gdzie samorząd nie może, tam rodziców i organizacje pośle”.

Koalicja „katalońska”

To będzie prowokacyjny tekst. Prowokacyjny – w sensie rzucający wyzwanie myślowym schematom. I będzie to moja osobista prowokacja, a nie oficjalne czyjekolwiek stanowisko. Czasem jednak warto zrobić krok w bok i spojrzeć na sytuację z innej perspektywy.

Tematem poniższych przemyśleń jest potencjalna konfiguracja, w jakiej partie opozycyjne pójdą do wyborów w przyszłym roku. Pomijając propagandę, na ten moment najbardziej rozsądnym rozwiązaniem, które pozwoli skutecznie odsunąć od władzy i rozliczyć rządy Zjednoczonej Prawicy, jest start dwu bloków opozycyjnych – konserwatywnego i liberalno-progresywnego. Do tych dwu bloków zapisuje się odpowiednio PL2050 z PSL oraz KO z Lewicą. Ma to dać wystarczającą koncentrację głosów, by zadziałał d’Hondt, przy jednoczesnym uniknięciu strat na zbyt egzotycznej „Zjednoczonej Opozycji”. Po wyborach zaś oba bloki mają przejąć władzę. Taka jest teoria.

Teraz myśl rewolucyjna – blok progresywny powinny tworzyć PL2050 oraz Lewica, konserwatywny – KO z PSL.

Zaraz, zaraz, ale czy Polska 2050 nie jest jeszcze bardziej na prawo od liberalnej Platformy? Antyklerykalna Lewica miałaby się sprzymierzyć z Ministrantem Hołownią? I tu właśnie następuje zderzenie ze stereotypami. Niby dlaczego PL2050 należy pozycjonować na prawo od Platformy, i właściwie czemu uznaje się Platformę za „coś mniej więcej centroprawicowego”?

Tak, PL2050 jest bardziej na prawo od Lewicy, co zresztą w Polsce nie jest zbyt trudne, bo wszystko jest od niej na prawo. Bardziej interesującą kwestią jest to, jak bardzo jest to „na prawo” i czy nie za bardzo. Porównując PL2050 z PO/KO – z punktu widzenia Lewicy ich poglądy nie są bardzo różne. Gospodarczo liberalne, światopoglądowo konserwatywne, choć nie tak średniowieczne, jak PiS. Różnica leży gdzie indziej – w wiarygodności i zdolności do ewolucji tych poglądów.

Wiarygodność Platformy Obywatelskiej jest wręcz legendarna – bo jest żadna. Są za, a nawet przeciw, obiecają cokolwiek, co da się przekuć na punkty procentowe poparcia, by następnego dnia o wszystkim zapomnieć. Nic dziwnego, że od 2001 r. Platforma nie napisała żadnego programu działania, a sam Tusk odżegnywał się od jakichkolwiek wizji przyszłości, jaką by partia miała kształtować. Trudno więc o zdolność do ewolucji poglądów, bo takowych w ogóle nie ma. Jest tylko jedna wytyczna działania PO – zdobycie władzy. Jak w ogóle sensownie pozycjonować taką partię i dlaczego akurat jako centroprawicę? Platforma Obywatelska jest partią władzy i stanowisk, nie programu.

Z drugiej strony PL2050 – mają pewne reformistyczne poglądy, w których wszakże dominuje umiarkowanie i daleko idąca ostrożność, by zbyt daleko z tymi reformami się nie zagalopować i niczyich interesów nie urazić. Mimo to dostrzegają potrzebę zmian i pewne kroki naprzód są proponowane. Sama zresztą nazwa partii wskazuje na kierunek nastawiony na przyszłość. Co więcej, deklarowana jest chęć rozmowy o tych rozwiązaniach – tak, to ta słynna wykpiwana „przestrzeń do dialogu”. Ale czemu nie potraktować tego poważniej? Owszem, pozostaje kwestia wiarygodności deklaracji, jeszcze w przypadku PL2050 nie poddana testowi. Jest jednak całkiem spora szansa, że ta wiarygodność będzie wyższa, niż zerowy poziom Platformy Obywatelskiej. Możemy więc – jako Lewica – narzekać na przykład na bardzo skromne postulaty reformy energetyki w związku z kryzysem klimatycznym, ale przynajmniej PL2050 dostrzega ten problem i traktuje go poważnie, podczas gdy Platforma lata swych rządów spędziła na budowie nowych bloków węglowych, a Tusk dopiero po powrocie z Brukseli zauważył, że ten kryzys to chyba jednak ma miejsce.

Ważną kwestią pozostaje osobowość i możność porozumienia się z liderem ugrupowania – Donaldem Tuskiem z jednej, z Szymonem Hołownią z drugiej. Chyba najtrudniejszą rzeczą do przełknięcia dla Lewicy jest zdeklarowany katolicyzm Hołowni oraz głoszone przez niego w przeszłości poglądy, choćby na temat aborcji. Co jednak z Tuskiem? Nie unika on podkreślania swojej wiary, robi to nawet w sposób zdecydowanie pozerski (jak niedawno na konwencji w Płońsku, gdzie robił znak krzyża na chlebie). Nie ulega też wątpliwości, że kontakty i uleganie biskupom (tzw. kościoła łagiewnickiego) nie są mu obce. Ostatnio odciął się także od bardzo umiarkowanej próby napisania ustawy o związkach partnerskich przez swoich konserwatywnych posłów. Jednocześnie nie przeszkadza to ludziom Platformy ochoczo prezentować się się na marszach równości i strajkach kobiet.

Z dwojga złego czy nie lepszy jest uczciwy chrześcijanin, z którym da się rozmawiać i dyskutować, niż pozer, zblatowany z instytucją kościoła katolickiego? Kto prędzej zgodzi się na rozliczenie księży z afer pedofilskich – człowiek stawiający na pierwszym miejscu zasady wiary czy też polityk liczący na poparcie biskupów w swojej walce o władzę? Trzeba też pamiętać, że w krajach zachodnich równość praw dla osób LGBT często wprowadzały partie konserwatywne, a koalicje rządowe złożone z cywilizowanych chadeków oraz socjaldemokratów nie są niczym wyjątkowym. Jeśli Hołownia i PL2050 byliby w stanie reprezentować ten sposób chadeckiego myślenia, daje to właśnie ową „przestrzeń do dialogu”. Oczywiście, z lewicowego punktu widzenia byłoby to zapewne ułomne, skromne, ale zawsze lepszy mały krok naprzód, niż trwanie przy ciemnocie PiS czy obskurantyzmie PO.

Podsumowując różnice między PL2050 i PO – czy nie bardziej sensowny byłby więc podział na ugrupowania progresywne, zdolne do dostrzegania problemów i aktywnego poszukiwania rozwiązań dla nich, pomimo różnych punktów wyjścia, oraz na stare partie władzy, których konserwatyzm sprowadza się głównie do konserwowania swojej obecności na scenie politycznej?

Pozostaje oczywiście pytanie – czy zarówno PL2050, jak i Lewicy to by się opłacało? Jest spore ryzyko utraty głosów osób niezadowolonych z takiego sojuszu. Z jednego strony zwolenników Hołowni, którzy chcieliby nowej jakości, nowego otwarcia, odcięcia od zepsutej przeszłości, z drugiej wyborców Lewicy, gdzie prawa kobiet, LGBT oraz świeckie państwo są sprawami fundamentalnymi. Jest też jednakże spora stawka do ugrania – można zyskać tych wyborców, którzy są zmęczeni dwoma dekadami POPiS-u, tych, którzy nie chcą już totalnych wojen między partiami, a stawiają na dialog i tolerancję pomimo różnic. Trzeba również pamiętać o tym, że wyborcy Lewicy zazwyczaj są mieszkańcami wielkich miast, z kolei wyborcy PL2050 – średnich miejscowości. Nie ma wielkiej konkurencji między tymi ugrupowaniami, a koalicja mogłaby zbudować pomost między podzielonymi geograficznie społecznościami.

Należałoby więc do takiej koalicji podejść mądrze i rozważnie, jeśli oczywiście tylko byłaby wola dla niej z obu stron. Mimo to wydaje się to – z punktu widzenia przynajmniej Lewicy – bardziej sensowne niż projektowanie przyszłej koalicji z Platformą Obywatelską. W chwili obecnej rozważania na ten temat to już raczej przejaw jakiegoś kapitulanckiego masochizmu, gdy wiadomo, że PO za „koalicję” uważa poddaństwo, przykład Nowoczesnej i Zielonych pokazuje, że o partnerstwie nie może być mowy, Tusk jest zaś notorycznym kłamcą, opowiadając brednie o koalicji z PiS, samą Lewicę najchętniej by zniszczył albo sprowadził do marionetkowego tworu w rodzaju „prawdziwej lewicy” z PPS. Jaki jest więc sens w ogóle rozważać mariaż z przemocowcem?

Podsumowując te dość teoretyczne rozważania – warto ze sobą rozmawiać. Zresztą, zaczęto to już robić i pierwsze reakcje zwolenników PL2050 i Lewicy są zachęcające. W przeciwieństwie do skompromitowanej idei „Silnych Razem” – widać tu rzeczywiście pewną sympatię, dobrą wolę i partnerskie relacje. Czemu by tego nie kontynuować?

Autor: Marcin Szost

Tekst prezentuje osobiste przemyślenia autora i nie jest stanowiskiem Stowarzyszenia „Spójnik”.

#Lewica #NowaLewica #nowalewica #Polska2050 #razem #Hołownia #ZjednoczonaOpozycja Szymon Hołownia Włodzimierz Czarzasty Hanna Gill-Piątek Robert Biedroń Adrian Zandberg Michał Kobosko

Władysław Broniewski

W sześćdziesiątą rocznicę śmierci Władysława Broniewskiego – poety, żołnierza, socjalisty.